
Przerwała nagle, przykucnęła i ujęła długi ryj jednego ze skowyczących hralzsów.
— Gracjo, Gracjo, wiem, wiem — powiedziała do lamentującego zwierzęcia o dużym brzuchu, które zaczęło lizać ją po twarzy. — Chciałam być obecna przy narodzinach twych dzieci, ale nie mogę… — Westchnęła, objęła zwierzę i jedną ręką przytrzymała mu podbródek. — Co mam zrobić, Gracjo? Mogę cię uśpić do mego powrotu i nawet nie poczujesz… ale wszyscy przyjaciele będą za tobą tęsknili.
— Uśpij wszystkie — zasugerował drona.
Sma pokręciła głową.
— Zaopiekujesz się nimi do mego powrotu — powiedziała do jednego z hralzsów. — Dobrze?
Pocałowała zwierzę w nos i wstała. Gracja kichnęła.
— Jeszcze dwie sprawy, drono — rzekła Sma, idąc wśród podnieconego stadka.
— Co takiego?
— Nigdy więcej nie nazywaj mnie „kłapouszkiem”, dobrze?
— Dobrze. Co jeszcze?
Okrążyli błyszczące cielsko dawno uśpionej turbiny numer sześć.
Sma stanęła, przyjrzała się zaaferowanemu tłumowi, wzięła głęboki oddech i wyprostowała ramiona. Z uśmiechem ruszyła do przodu.
— Nie chcę — powiedziała szybko do drony — żeby mój dubler pieprzył kogokolwiek.
— W porządku — odparł, gdy szli wśród rozstępujących się ludzi. — W pewnym sensie jest to twoje ciało.
— Drono, chodzi właśnie o to — rzekła, skinąwszy na kelnera, który podbiegł z tacą, proponując drinki — że to wcale nie jest moje ciało.
Samolot odleciał, pojazdy naziemne opuściły starą elektrownię, ważni ludzie wyjechali. Zostało kilku maruderów, ale nie była im potrzebna. Czuła znużenie i na polepszenie nastroju zsyntetyzowała w gruczołach jedną porcyjkę. Z południowego balkonu apartamentów w przeprojektowanym biurowcu elektrowni patrzyła na głęboką dolinę i na sznur tylnych świateł wzdłuż Bulwaru Nadrzecznego. W górze świsnął samolot, przechylił się, zakręcając przy łuku starej tamy, i zniknął.
