
Sussepin wysączył drinka, odstawił kieliszek i podszedł do niej.
— Światła — szepnęła.
Światła powoli pociemniały, gasły, aż najjaśniejszym obiektem w pokoju stał się kieliszek z łagodnie świecącymi resztkami drinka.
XIII
— Zbudź się.
Zbudził się.
Ciemność. Ciągle przykryty, wyprostowany, zastanawiał się, kto do niego mówi w ten sposób. Od dawna nie przemawiano do niego takim tonem. Na wpół senny, niespodzianie obudzony — chyba w środku nocy — rozpoznał w tym głosie nutę, której nie słyszał od dwóch, trzech dziesięcioleci. Impertynencję. Brak poważania.
Wysunął głowę spod nakrycia w ciepłe powietrze pokoju i w mroku rozpraszanym jedną jedyną lampką usiłował dostrzec tego śmiałka.
Znikło ukłucie strachu — czyżby ktoś ominął straże i ekrany bezpieczeństwa? — chciał teraz jedynie zobaczyć, któż to ma czelność mówić do niego tym tonem.
Intruz siedział na krześle przy nogach łóżka. Wyglądał dziwacznie, dziwacznie w dziwaczny sposób; jakaś nowa, zupełnie obca ekscentryczność. Sprawiał wrażenie ukośnie rzutowanego obrazu. Również jego ubranie wyglądało dziwnie: workowate, jaskrawo barwne nawet w przyćmionym świetle lampki nocnej. Mężczyzna strojem przypominał klauna czy błazna, lecz zbyt symetryczna twarz miała wyraz… srogi? Pogardliwy? Ta cała… nietutejszość obcego utrudniała właściwą ocenę.
Po omacku sięgnął po okulary, lecz to tylko resztki snu utrudniały mu normalne widzenie. Pięć lat temu chirurdzy obdarzyli go nowymi oczyma, jednak po sześćdziesięciu latach krótkowzroczności pozostał mu odruch sięgania natychmiast po przebudzeniu po okulary. Zawsze uważał, że to niewielka cena, a teraz, po kuracji odmładzającej… Zaspane oczy pojaśniały, oczyściły się. Usiadł, spoglądał na mężczyznę na krześle. Chyba śnił albo widział ducha.
