
Głowa mu odskoczyła — dało się słyszeć leciutkie kaszlnięcie i wycie, zakończone maleńką eksplozją. Trzy metry od namalowanego na ścianie okrętu rozprysła się w pył stojąca na podłodze waza.
Postawny siwy mężczyzna potrząsnął smutno głową i znów poklepał się po sztucznym oku.
— Rzeczywiście — stwierdził. — Jestem pijany.
Młody wstał, trzymając wybrane uprzednio pistolety, i odwrócił się ku starszemu.
— Gdybyś miał dwoje oczu, widziałbyś podwójnie. Masz, łap.
Powiedziawszy to, rzucił mu pistolet. Cullis wyciągnął rękę, by pochwycić broń, dokładnie w chwili gdy uderzyła w ścianę z tyłu za nim i z łoskotem upadła na podłogę.
— Wolę wrócić pod stół — stwierdził, mrugając.
Młody podszedł do ściany, podniósł pistolet, sprawdził go i wręczył Cullisowi, układając mu odpowiednio ramiona. Potem poprowadził go ku stosowi ubrań i broni.
Cullis był wyższy od młodszego mężczyzny. Zdrowym okiem i sztucznym — które w rzeczywistości było lekkim mikropistoletem — patrzył na towarzysza, gdy ten wyciągał ze stosu pasy z amunicją i owijał je wokół jego ramion. Młody skrzywił się, widząc spojrzenie Cullisa.
Odwrócił mu dłonią twarz, z kieszeni na piersiach marynarki wyciągnął coś, co przypominało — i w istocie było — opancerzoną opaską na oko.
Starannie dopasował ją na krótko strzyżonej siwej głowie.
— Boże! — krzyknął Cullis. — Oślepłem.
Młody wyciągnął rękę i poprawił opaskę.
— Przepraszam. Założyłem nie na to oko.
— Tak lepiej. — Starszy mężczyzna wyprostował się i głęboko zaczerpnął powietrza. — Gdzie są te sukinsyny? — Nadal bełkotał. Słysząc go, miało się ochotę odchrząknąć.
