
— Nie widzę ich. Prawdopodobnie nadal są na zewnątrz. Dzięki wczorajszej ulewie kurz się nie podnosi. — Młody zawiesił Cullisowi na ramieniu jeszcze jeden pistolet.
— Sukinsyny.
— Zgoda — potwierdził młody. Kilka pudełek amunicji umieścił w ramionach Cullisa, obok broni.
— Plugawe sukinsyny.
— Racja, Cullis.
— Te… no wiesz, przydałby mi się drink. — Cullis zatoczył się. Spojrzał na broń w swych objęciach, najwyraźniej usiłując zgadnąć, skąd się tu wzięła.
Młodzieniec obrócił się, chcąc zabrać ze stosu dodatkowe uzbrojenie, ale zmienił zdanie, gdy usłyszał za sobą silny łomot i szczęk.
— Cholera — wymamrotał Cullis z podłogi.
Młody podszedł do kredensu, wziął kilka pełnych butelek i wrócił do chrapiącego Cullisa. Zdjął z niego pistolety, pudełka i pasy z amunicją oraz połamane szczątki wytwornego ciemnego krzesła, odpiął parę guzików zbyt obszernej marszałkowskiej marynarki i wetknął pod nią butelki.
Cullis otworzył oko. Patrzył przez chwilę na młodego.
— Jak mówiłeś, co to za porę teraz mamy?
— Według mnie, pora iść. — Młody zapiął Cullisowi marynarkę.
— Nooo. Nieźle. Ty wiesz najlepiej, Zakalwe. — Cullis znów zamknął oko.
Młody mężczyzna, którego Cullis nazwał Zakalwe, szybko przeszedł na drugi koniec olbrzymiego stołu, gdzie leżał dość czysty koc.
Na nim spoczywał imponujący karabin. Młodzieniec podniósł broń i powrócił do zwalistej, mało imponującej postaci chrapiącej na podłodze. Podniósł śpiącego za kołnierz i ciągnął do drzwi w końcu sali. Zatrzymał się, wziął poplamioną torbę z wybraną wcześniej bronią i przewiesił sobie przez ramię.
W połowie drogi do drzwi Cullis przebudził się i spojrzał na młodego zdrowym okiem. Patrzył mętnie, oko miał wywrócone.
— Hej!
— Co takiego? — mruknął tamten, wlokąc go jeszcze parę metrów.
Cullis rozejrzał się po spokojnej, przesuwającej się przed nim sali.
