
— Ile zostało z porannej przerwy?
— Jeszcze około stu osiemdziesięciu galonów.
— Nie zapominajcie że przed wieczorem trzeba będzie jeszcze raz moczyć dno do zdejmowania rysunków.
Kiwnęli głowami, ale w ich oczach wyczytał prośbę. Faktycznie, tam na dole musiało być gorzej niż tu na górze. Brakowało przewiewu. Czarne włosy dziewcząt były niemal siwe od ciągłego osiadania cementu.
— Dobrze, polejcie — zmiękł. — I nakryjcie folią po polaniu. Tylko nie tą nową. Weźcie tą w którą zawijaliśmy tamtą framugę drzwi.
— Ale one jeszcze nie zostały przepakowane — protestowała Damao. — Miał to zrobić Arkadij, ale odwieźli go wczoraj do domu po przytruciu destrutoxem.
Profesor westchnął. Studenci mieli swoje wady, a on zobowiązany był je wyplenić. Banda leni i cwaniaków. Wiedział, dlaczego odezwała się Damao. Wiedzieli, że ją lubi.
— Wykonać natychmiast — polecił. — To ma jutro świtem jechać do muzeum. Gdybyście wiedzieli ile kosztuje transport nie robili byście mi wstydu.
Kiwnęli głowami.
— Jeszcze jakieś pytania?
— Możemy uruchomić sondę ultradźwiękową po południu — zapytał jeden ze studentów. — Chcielibyśmy wiedzieć co jest pod nami... To niezbędne dla lepszej inspiracji.
Uśmiechnął się. Inspiracja. Poszukiwacze skarbów od siedmiu boleści.
— Dobrze. Możecie. Tylko uważajcie bo potencjometr siada. I oszczędnie z agregatem. Przypominam o naradzie dziś wieczorem. O dwudziestej pierwszej chcę was widzieć przed namiotem. Z dokumentacją.
Nic więcej nie musiał mówić. Wiedzieli wszystko. To byli jego studenci. Przeszedł do wykopu H. W tym wykopie wszystko zostało wykonane z pedantyczną dokładnością. Nie odmówił sobie przyjemności zejścia na dół. Na dnie siedział Tomasz Miszczuk. Profesor nie lubił go specjalnie. Było w nim coś dziwnego. Jakaś twardość rysów. Może sprawiał to jego wygląd, ale w każdym budził mimowolny szacunek.
