
Aleksiej i Iwan Bataszewy
Tuła
Obok w wiaderku z lodem tkwiła antyczna butelka szampana Sowietskoje Igristoje, rocznik 1987-my. Nogi prezydenta spoczywały na niewysokim stołeczku. Przez dziurawe skarpetki sterczały palce z krzywo obgryzionymi paznokciami. Srebrne meksykańskie ostrogi utrzymywały się na piętach dzięki gumce, wyglądajacej jak wyszarpana ze starych majtek. Wygodne kapcie ciśnięte kopniakiem leżały gdzieś dalej. Żyrandol z weneckiego kryształu wisiał w górze rzucając nieduży krąg światła na fotel i siedzącego w nim człowieka. Żyrandol wyglądał całkowicie naturalnie, czego nie można powiedzieć o kablu na którym był zawieszony. Kabel miał dwa metry długości i zaczynał się po prostu w powietrzu. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, bo przecież gdzieś musiał się zaczynać a sufit sali znajdował się dobre sto pięćdziesiąt metrów ponad jej podłogą. Sala była duża nawet jak na stację. Miała kształt z grubsza elipsy o dłuższej przekątnej długości pięciu kilometrów a krótszej około trzech. Jej podłogę tak jak podłogi większości pomieszczeń wyłożono mozaiką z osiemnastu gatunków drewna. Stary Prezydent sięgnął dłonią po leżącego obok fotela pilota i od niechcenia pstryknął przełącznikiem. Jedna ściana rozbłysła stając się gigantycznym ekranem. Patrzył nań przez chwilę. Jego oczom ukazała się Ziemia. Skierował swoje spojrzenie na środkową Europę. Pstryknął przełącznikiem uruchamiając wydawanie poleceń głosem.
