
— Zbliżenie — polecił.
Obraz zaczął się powiększać aż wreszcie dostrzec mógł słabo świecące punkciki. Miasta.
— Zatrzymać.
Jego głos był miękki i łagodny. To myliło wielu jego wrogów... w czasach gdy jeszcze miał takowych. Obecnie wszyscy oni rozsypali się w proch. A z niektórymi porobiły się znacznie gorsze rzeczy.
Patrzył. Kraj pomiędzy Odrą a Bugiem był ciemny. Martwy. Bezludny. Jedyną jaśniejszą plamką był Gdańsk. Skrzywił się lekko. Nigdy nie lubił Gdańska. Tyle wojen wybuchło o to zakichane miasto. Zresztą zatruł się tam kiedyś lodami zanim jeszcze został prezydentem. Powiększył obraz tak aby widzieć siatkę ulic wyznaczoną palącymi się latarniami. Domy były ciemne. Ludzie spali. Jego pamięć podsunęła mu fragment z książki którą czytał setki lat wcześniej. Naród może spać spokojnie bo jest ktoś kto czuwa nad jego snem. Uśmiechnął się. Tamten czuwał na Kremlu, on, w nieco bardziej komfortowych warunkach i nie czuwał nad jednym narodem, czy jedną klasą społeczną, ale nad całą ludzkością. Ale były analogie. Obaj na przykład byli zbrodniarzami. Zgasił okno i wyjął z torby leżącej koło fotela swojego laptopa. Otworzył go i zadumie przesunął opuszkami palców po klawiszach. Następnie wystukał krótkie polecenie i wcisnął enter. W pomieszczeniu bezgłośnie zmaterializował się kominek naładowany solidną porcją płonących drzewek. Prezydent odkorkował szampana. Pił prosto z butelki. Nie musiał przejmować się zwyczajami cywilizowanego społeczeństwa. Był u siebie. Cisnął opróżnioną butelkę do tyłu przez lewe ramię. Na szczęście. Sądząc po odgłosie jaki wydała, trafiła w którąś z poprzednich butelek i roztrzaskała się.
