
— Wieloryby? — zdziwił się. — Centrum rekonstrukcji biosfery...
W sąsiednim zbiorniku były słonie i mamuty. Tak samo pływały w śluzie. Poskrobał się z frasunkiem po głowie. Nie o to mu chodziło. Zupełnie nie o to. Wrócił do korytarza i poszedł w drugą stronę. Ta część stacji wyglądała zupełnie inaczej. Na podłodze widać było ślady opon rowerowych.
— Dlaczego by nie — mruknął sam do siebie. — Stacja jest duża. Ślizgacz wywołałby zaburzenia grawitacyjne a motocykl elektryczny elektryczne.
Ślady zaprowadziły go do kolejnego pomieszczenia gigantycznych rozmiarów. Było, jeśli to wogóle możliwe, kilkakrotnie większe niż poprzednie. Stał pośród drzew niedużego parku. Ślady zniknęły, ale przez trawniki pod drzewami biegła ścieżka. Ruszył nią. Zeszłoroczne liście leżały na ziemi. Zgniłe i wyschnięte. Po drzewie przebiegła wiewiórka. Była dokładnie taka, jak te na starych zdjęciach. Ruda z puszystym ogonem. Popatrzył na nią zaciekawiony. Nie przypuszczał, że te urocze zwierzątka, obecnie całkowicie wymarłe, poruszały się z taką niezwykłą gracją. Wiewiórka patrzyła na niego z podobnym zaciekawieniem. Pomacał się po kieszeni. Znalazł brazylijski orzech. Kucnął i wyciągnął go w jej stronę. Zbiegła po pniu na ziemię i przystanęła niezdecydowana. Położył go w trawie i cofnął się. Podbiegła i złapawszy orzech wspięła się z nim błyskawicznie na drzewo. Niespodziewany szelest spłoszył go. Odwrócił się z pistoletem wycelowanym w niespodziewanego wroga, ale to tylko druga wiewiórka zeskoczyła na krzak za nim.
