
Jeden z kompanów Namartiego ruszył ku niemu, zachowując się wielce poufale. Szedł powoli, co dało Seldonowi tyle czasu, ile potrzebowało jego starzejące się ciało. Oprych wyciągnął rękę, co tylko ułatwiło Helikończykowi zadanie. Chwycił mężczyznę za ramię, wykręcił je i pochylił się, pociągając najpierw w górę, potem zaś w dół (stękał przy tym — dlaczego musiał stękać?), a napastnik poszybował w powietrze, częściowo popchnięty siłą własnego rozpędu. Wylądował z hukiem na skraju platformy; widać było, że ma wykręcone ramię.
Zgromadzeni studenci zawyli dziko, widząc tak nieoczekiwany rozwój akcji. Poczucie wspólnoty zaowocowało wybuchem dumy.
— Bierz ich, profesorku! — krzyknął ktoś. Inni powtórzyli to za nim. Seldon wygładził włosy, starając się nie sapać. Stopą strącił napastnika z platformy.
— Ktoś jeszcze? — spytał milutko. — Czy też spokojnie opuścicie teren?
Stanął przed Namartim i jego pięcioma sługusami.
— Ostrzegam was. Tłum jest teraz po mojej stronie. Jeśli zechcecie mnie tknąć, rozerwą was na strzępy… No dobra, który następny? Proszę bardzo. Byle pojedynczo.
Podniósł głos, wymawiając ostatnie zdanie, a przebierając palcami, pokazał, że zaprasza ich do siebie. Studenci krzykiem wyrażali aplauz.
Namarti stał obojętnie na platformie. Seldon podskoczył ku niemu i złapał jego szyję w zgięcie ręki. Teraz i studenci wdrapywali się na platformę, wołając: „Byle pojedynczo! Byle pojedynczo!” Stanęli pomiędzy ochroniarzami a Seldonem.
Seldon wzmocnił nacisk na tchawicę swego przeciwnika i szepnął mu na ucho:
— Wiem, co powinienem zrobić, Namarti. Znam się na tym. Przez lata zdobyłem praktykę. Jeśli poruszysz się i spróbujesz wyrwać, tak ci podreperuję tchawicę, że już nigdy nie wymówisz nic głośniej niż szeptem. Jeśli cenisz sobie swój głos, to rób, co każę. Kiedy zwolnię uścisk, rozkażesz swojej zgrai buldogów, by stąd odeszli. Jeśli powiesz coś innego, będą to ostatnie słowa, jakie normalnie powiedziałeś w życiu. A gdyby ci przyszło do głowy tu wrócić, wykończę cię, przystojniaczku.
