
Wilk przeszedł jeszcze dwa metry, cały czas groźnie warcząc. Trudno go było nie zrozumieć. Napotkana istota nie podobała mu się. Miała ochotę odwrócić się i uciekać, ale była zbyt przerażona, by się ruszyć. Usłyszała kolejne warknięcie i odwróciła głowę.
Jeszcze jeden. Boże. Jeszcze dwa – nie, co najmniej trzy. Tamte były kolorowe, z futrami barwy od przypominającej kolor drzewnego węgla, aż do jasnoszarej. Żaden z nich nie był tak wielki jak biały wilk, ale te parę kilogramów różnicy nie dodawało jej odwagi. Nie tylko widziała ale czuła, że jest okrążana. Skulone drapieżniki kryły się za drzewami, ale nie spuszczały jej z oka.
Gdyby miała czas, zmoczyłaby majtki ze strachu.
Panika chwyciła ją za gardło. W nagłym błysku nadeszło wspomnienie tego popołudnia kiedy jak idiotka myślała o samobójstwie. Wtedy była na siebie zła. Ale przecież nawet w najgorszej chwili nie chciała tak naprawdę umierać. A już z pewnością nie chciała ginąć samotnie w północnej puszczy, rozerwana na strzępy przez stado wilków.
Boże, staram się, lecz potrzebuję czasu. Może się dogadamy. Wyciągnij mnie z tego, a ja nigdy już niczego nie popsuję, aż do śmierci. Sam się zdziwisz, jak sobie poradzę, modliła się. Biały wilk uniósł głowę i zawył.
Głos zabrzmiał w pustym lesie jak krzyk jej własnego serca. Przełknęła ślinę i odetchnęła niepewnie. Łzy stanęły jej w oczach; niechciane, przesłaniające wzrok, kiedy koniecznie musiała wszystko widzieć.
Wilki krążyły coraz bliżej. Przez głowę przemknęło jej słowo „uciekaj”, ale łatwiej to pomyśleć niż wykonać. Dookoła było pełno rozłożystych sosen, ale w nartach nie mogła się na nie wspiąć. Przecież jest jakieś wyjście. Musi tylko pomyśleć.
– Stój spokojnie. Nie uciekaj. Nie ruszaj się. Po prostu stój spokojnie.
Usłyszała ludzki głos. Męski, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Odwróciła się szybko. Nic, nawet śmierć, bomby i podatki nie mogłyby ją powstrzymać od spojrzenia w stronę, skąd ów głos dobiegał.
