Spojrzała w dół. Nie miała pojęcia, że palce ma jak przymarznięte do kijków, dopóki nie spróbowała ich oderwać. Gdy tego dokonała, kijki upadły w śnieg. Wtedy, trzymając strzelbę między kolanami, Steve powoli okrył ją kurtką tak wielką, że Mary Ellen nie musiała zdejmować swojej. Ale włożenie jego okrycia nie było łatwe. Nie potrafiła mu pomóc.

Żołądkiem targały dziwne skurcze.

Reakcja na jego bliskość nie miała nic wspólnego z erotyzmem. Nie mogła mieć. Pożądanie było ostatnią rzeczą jaką mogła czuć w tej chwili. Inne kobiety odczuwały automatycznie pociąg do przystojnego faceta, ale nie ona. Musiała znać mężczyznę.

Uznała to za osobliwe. Steve pracował z wilkami, co trudno sobie wyobrazić. Obiecał, że nie pozwoli, by stało jej się coś złego. A ona mu uwierzyła. Bóg świadkiem, że wiele razy cierpiała ufając męskim obietnicom.

Dopóki nie podszedł tak blisko, trzymała się całkiem dzielnie. Kiedy owiązywał jej szyję szalikiem, przegubem ręki musnął jej policzek. Szalik miał ciepły, męski zapach jego skóry, a dotknięcie wzbudziło dreszcz. Steve nie przypominał żadnego mężczyzny, jakiego w życiu widziała. Przez moment miała nieprzyjemne wrażenie, że może być bardziej niebezpieczny od wilków.

Ten jego wzrost przesłaniał jej las, świat i blade popołudniowe słońce. Nie widziała wcześniej jego twarzy z tak bliska. Zmarszczki wokół oczu i na czole były jak wykute w granicie. Nie dorobił się ich, grając w warcaby w ciepłym saloniku. Ten mężczyzna wiedział, czego chce. Mocny zarys szczęki znamionował stalowy charakter. Patrząc na jego sylwetkę, nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek stanął mu na drodze.

Kiedy zapiął jej kurtkę pod brodą spotkały się ich spojrzenia. Nie powiedział: „Zdecyduj się, Mary Ellen”. Nie oznajmił: „Do licha, mam ochotę dać ci poważniejszy powód do zmartwień niż kilka starych wilków”. Tylko jej się zdawało, że ma taki zamiar. Nie pragnął jej. Na litość boską nawet jej nie znał. Wyobrażała sobie te głupstwa ponieważ była w szoku.



17 из 121