
Ręce bolały ją od dźwigania garnka. Rozejrzała się. Był w domu. Widziała jego terenową półciężarówkę, zaparkowaną obok przyczepy. W oknach lśniło żółte światło, rzucając odblask na śnieg. Nawet dość wcześnie wieczorem, o szóstej, noc była czarna jak smoła. Steve ustawił swą przyczepę na zupełnym pustkowiu, w kępie czarnych drzew. Lodowaty, gwałtowny wiatr poruszał ich wierzchołkami. Poczuła dreszcz niepokoju.
W domu, w Georgii, w pierwszym tygodniu marca byłoby już ciepło. Tam żadna samotna kobieta nie odwiedzałaby po zmroku samotnego mężczyzny, chyba że sama prosiła się o kłopoty.
To śmieszne, pomyślała Mary Ellen. Przecież nie ma zamiaru u niego siedzieć. Zostawi tylko garnek. Już dwa razy jej pomógł i dobre maniery wymagały, by za to podziękowała. Jedyne, co jej groziło, to fakt, że sobie coś odmrozi, stojąc tak w mroku niczym jakaś głupia gęś.
Odetchnęła głęboko, podeszła do drzwi i zastukała łokciem. Rozległ się tylko głuchy dźwięk, ale drzwi otworzyły się natychmiast. Dmuchnęło ciepłym powietrzem. Spojrzała na olbrzyma, którego ramiona nie mieściły się w drzwiach przyczepy.
– Nareszcie przybywa Czerwony Kapturek. Martwiłem się już, że zgubiłaś drogę.
– Czerwony…?
To określenie ją zaskoczyło. Czyżby się domyślał, jaka była zalękniona zaglądając do wilczego legowiska? Ale dostrzegła przyjazny, kpiący uśmiech i od razu zrozumiała, skąd mu się wzięły te bajkowe skojarzenia. Oczywiście, miała na sobie czerwoną kurtkę z kapturem i niosła przez las jedzenie. Musiała się uśmiechnąć.
– Trafiłam bez kłopotu. Twoje wskazówki były bardzo pomocne.
Wyjął jej z rąk ciężki garnek.
– Pachnie wspaniale. Wejdź. Szybko pokręciła głową.
– Nie mogę zostać…
– Pracujesz dzisiaj?
– Nie. Jestem zajęta przez cztery noce w tygodniu. Ale chciałam ci tylko przynieść kolację i podziękować. Nie będę zabierać czasu.
