
– Chcesz, bym jadł sam? Kiedy już tu jesteś? I skoro wiesz, że przez cały dzień mogłem pogadać tylko ze zwierzakami?
Wzniosła oczy do nieba, słysząc ten płaczliwy ton. Nikt by mu nie uwierzył. Ale cóż, byłaby zakłopotana, gdyby odeszła, nie zamieniwszy przynajmniej ze Steve'em kilku słów. Ostrożnie weszła do środka.
– Zostanę tylko parę minut…
Chyba nie słyszał jej słów, bo powąchał garnek i uśmiechnął się.
– Domowego ragout nie jadłem od stu lat. Czy mogę cię zapewnić o mojej dozgonnej wdzięczności?
– To tylko gulasz – odparła oschle, ale niech to, ten facet zmuszał ją do śmiechu.
– Po prostu gulasz jest prawdziwym jedzeniem. Nie zrozumiesz tego. Od tygodni albo otwieram puszki, albo stołuję się u Samsona.
Odstawił garnek, zdjął z Mary Ellen czerwoną kurtkę, a potem szybko zmierzył wzrokiem długi biały sweter i dżinsy. Starannie dobierała rzeczy. Dżinsy były nie za obcisłe, a luźny sweter ukrywał jej figurę skuteczniej niż habit zakonnicy. Nie zobaczył niczego, absolutnie niczego, co mogłoby wywołać ten błysk w jego oczach.
– Dobrze, że jesteś taką kruszynką. Nie ma tu zbyt wiele miejsca.
Parsknęła śmiechem i poczuła, jak opada z niej napięcie. Czy mężczyzna nazwałby kobietę kruszynką, gdyby zamierzał ją uwieść? Po prostu był zabawny i naturalny.
– Ten pokoik wcale nie jest taki mały. Szczerze mówiąc, jest o wiele większy, niżby się to wydawało z zewnątrz – zauważyła, rozglądając się dookoła.
– Więc siadaj i rozgość się. Możesz zająć honorowe miejsce. Chcesz wina, piwa czy wody mineralnej?
– Niczego, dziękuję.
To honorowe miejsce było jedynym fotelem pokrytym szarym tweedem. Długi tapczan był w tym samym kolorze. Do części mieszkalnej przylegała kuchenna wnęka. Krótkie przejście między szafami prowadziło do ciemnej sypialni, gdzie wrzucił jej kurtkę.
Zdjęła buty i usiadła w fotelu. Steve otwierał i zamykał szafki, wyjmował talerze, sztućce, serwetki i swobodnie podtrzymywał rozmowę.
