
Oczywiście, były kobiety w Eagle Falls, tyle że w niewielkiej liczbie. Mieszkało tutaj najwyżej kilkuset ludzi. Letnie domki i myśliwskie chatki o tej porze roku były zabite deskami. Nawet tartaki zamykano na zimę. Stałych mieszkańców było niewielu. Ten region przyciągał miłośników pustkowi, samotników i niektóre rodziny. Nie było tu samotnych kobiet, a to z oczywistego powodu, że niewiele rzeczy mogło tu zainteresować samotną kobietę.
A zwłaszcza młodą kobietę, taką jak ona.
Wyróżniała się niczym róża wśród chwastów. Na twarzy nie miała ani jednej zmarszczki – musiała być poniżej trzydziestki – i mierzyła jakieś metr sześćdziesiąt pięć. Krótko ścięte i proste jasnobrązowe włosy lśniły jedwabiście. Trudno było ją nazwać klasyczną pięknością, raczej miłą i uroczą dziewczyną. Miała zadarty nosek, dołki w brodzie i ciemne brwi nad wielkimi, zdumiewająco niebieskimi oczami. Małe usta o kształcie luku były pozbawione szminki i różowe jak płatek peonii.
Steve roztarł zmarznięte ręce i uważnie ją obserwował. Była ubrana w luźną flanelową koszulę narzuconą na czarny golf i dżinsy. Rzeczy wyglądały na nowe: dżinsy wciąż były sztywne, a buty błyszczące. Materiał spodni ciasno opinał ładną pupę. Mężczyzna musiałby być też jednocześnie ślepy i głupi, żeby nie zauważyć, jak przepiękne piersi okrywał golf. Nie miał pojęcia, co ona może tu robić.
Samson, właściciel baru, był już stary i cierpiał na artretyzm. Steve rozumiał, dlaczego ten sknera wynajął kogoś do pomocy, tyle że nie miał pojęcia skąd wzięła się ta dziewczyna. Możliwe, że pracowała już jako barmanka lub kelnerka, ale czemuś w to wątpił. Marszcząc brwi, obserwował, jak niezgrabnie niesie ciężką tacę. Niezdarne żonglowanie kuflami piwa sugerowało całkowity brak doświadczenia w wykonywanym zawodzie.
