– Widzę, że niełatwo będzie pana nakarmić. Dołożę kilka ziemniaków i sądzę, że na zapleczu znajdzie się jeszcze kawałek jabłecznika…

– Wspaniale.

– Kawę czarną czy ze śmietanką?

– Czarna wystarczy.

– W porządku. Zaraz podaję.

Odwróciła się, nie patrząc na niego. On jednak miał dość czasu, by przyjrzeć się tej kobiecie z bliska. Kiedy z jej policzków zniknął rumieniec, ujrzał skórę bladą jak kość słoniowa.

Aksamitny głos wypowiadający słowa z południowym akcentem był delikatny i kobiecy, jak wszystko, co się z nią łączyło. Na plakietce przypiętej do koszuli odczytał: „Mary Ellen”. Jeśli ta dziewczyna szukała towarzystwa mężczyzn, znalazła właściwe miejsce. Zimy w tej puszczy były długie i mroźne. Nigdzie, poza Alaską nie mogłaby znaleźć wśród mieszkańców wyższej liczby mężczyzn w stosunku do kobiet. A jednak rola kobiety polującej na mężczyzn zupełnie do niej nie pasowała. Chodziła sztywna jak pogrzebacz, jej twarz wyrażała zdenerwowanie i zmęczenie, a niesamowite oczy były równie lękliwe jak u nowo narodzonego źrebaka.

Obserwował, jak przyjmuje kolejne zamówienia. Stała tak, jak przy jego stoliku, z dala od klientów, pragnąc uniknąć podszczypywań i poklepywań, nikomu nie patrząc w oczy. A potem znikała na zapleczu. Ryk kibiców odbił się echem w pomieszczeniu, kiedy Lwy zdobyły przewagę.

Steve zgarbił się, ignorując odgłosy meczu, hałas i obecność nowej kelnerki. Nie obchodzą go jej problemy. Bóg wie, że ma dość własnych. W przydymionym, ciepłym barze z wolna tajały przemarznięte kości, a zmęczenie atakowało go falami. Gdyby nie pusty żołądek, pojechałby do swojej przyczepy i przeleżał sześć godzin w łóżku. Był przyzwyczajony do wysiłku, lecz mróz i zmęczenie zupełnie go wykończyły.

Nie zauważył, kiedy zamknął oczy, ale z pewnością to zrobił, gdyż rozbudził go aromat gorącej kawy. Tuż przed nim stał parujący kubek. Mary Ellen przyszła i odeszła, a on jej nie słyszał. Lecz widział ją teraz, jak krążyła po barze, podając gościom nowe kufle pienistego piwa. Ktoś krzyknął:



6 из 121