– Skarbie? Kochanie, jesteś nam tu potrzebna.

Zauważył, że dziewczyna zaciska zęby, a policzki znowu nabierają wiśniowej barwy.

Jeżeli nawet istniała kobieta, dla której praca w barze byłaby mniej odpowiednia, nie mógł sobie takiej wyobrazić.

W ciągu następnej godziny trzykrotnie podeszła do jego stolika. Nie powiedziała ani słowa nie spojrzała na niego. Dolewała kawy, podała krwiste steki z ziemniakami i jarzyną o którą nie prosił. Kiedy skończył jeść, wróciła przynosząc solidną porcję jabłecznika z bitą śmietaną. Nie krążyła wokół niego – nawet nie pytała co ma mu podać – ale dbała o niego niczym kwoka o swoje pisklę.

Steve musiał zauważyć, że przy nim zachowuje się spokojnie i swobodnie, co wyraźnie kontrastowało z zachowaniem wobec innych mężczyzn. Miał dar zjednywania sobie takich dzikich stworzonek. Zwierzęta ufały mu instynktownie. Ale kobiety to całkiem inny gatunek. Ta dama nie musi być wyjątkowo spostrzegawcza, by zauważyć, że inni traktują go jak pariasa. Dla innych kobiet byłaby to wyraźna wskazówka, że należy go unikać, a przy jego wzroście i rozmiarach z pewnością nie budził w kobietach poczucia bezpieczeństwa. Jednak ona traktowała go tak, jakby od razu uznała go za „bezpiecznego”, za kogoś, kto nie sprawi jej kłopotów.

Przełknął kawałek ciasta obserwując jak Fred Claire znów próbuje ją poklepać. Mary Ellen odskoczyła.

Steve skupił swą uwagę na cieście. Jabłecznik to specjalność Samsona. Jabłka były aż ciężkie od gałki muszkatołowej i cynamonu. Przepyszne. Nie wiedział więc, dlaczego nie może ich przełknąć. Przy stoliku obok wejścia nie działo się nic takiego, o co musiałby się martwić.

Fred nie był jego kumplem, jak zresztą nikt w Eagle Falls, ale tacy ludzie regularnie bywali w barze. Widywał ich na tyle często, by wiedzieć, że mają już dość. Fred strzygł się krótko, lubił chodzić w wojskowych kurtkach, chwalił się bronią i każdemu, kto chciał słuchać, wygłaszał swoje spiskowe teorie. Może nie był całkiem przeciętnym facetem, ale zupełnie nieszkodliwym. Dużo gadał, mało robił.



7 из 121