— Oni tam na Ziemi niczego nie rozumieją. I tu też nie. Czasami zdaje mi się, że nie chcą zrozumieć. Joe tkwi na dole nie mając niczego poza parą własnych rąk. On, ja, my — na początku wiedzieliśmy niewiele więcej ponad to, że prawdopodobnie będzie mógł odżywiać się miejscowymi formami życia. Poświęca prawie cały czas na zdobywanie żywności. To cud, że zdołał tyle osiągnąć w ciągu kilku tygodni — zbudował sobie dom, rozpoznał najbliższe otoczenie, zabrał się do metalurgii czy hydrourgii — nazwij to, jak chcesz. Czego jeszcze żądają ode mnie, do jasnej cholery?

— Tak, tak — mruknął Cornelius. — Owszem, ja…

Anglesey podniósł białą, kościstą twarz. Jakaś mgiełka pokazała mu się w oczach.

— Co to…? — zaczął Cornelius.

— Zamknij się! — Anglesey błyskawicznie obrócił się wraz z fotelem, na oślep sięgnął po hełm i założył go na głowę. — Joe się budzi. Zjeżdżaj!

— Ale jeśli pozwoli mi pan pracować tylko w trakcie jego snu, to jak mam…? — zaprotestował Cornelius.

Anglesey zaklął i rzucił w niego obcęgami. To był marny rzut, nawet jak na niskie ciążenie. Cornelius cofnął się w kierunku drzwi. Anglesey nastawiał esprojektor. Nagle szarpnął się ostro.

— Cornelius!

— Co się stało? — Psionik usiłował podbiec z powrotem, przeszarżował i poślizgnął się, wpadając w rezultacie na tablicę rozdzielczą.

— Znowu lampa K. — Anglesey zrzucił hełm. To musiało boleć jak diabli, kiedy w mózgu odebrało się lawinowo narastający i wzmacniany skowyt psychiczny, ale on rzekł tylko: — Wymień mi ją. Szybko. A potem wynoś się i zostaw mnie w spokoju. Joe nie przebudził się samodzielnie. Coś jeszcze wślizgnęło się do schronienia wraz ze mną — wpadłem tam na dole w niezłe tarapaty.

To był dzień ciężkiej pracy i Joe zapadł w głęboki sen. Spał, dopóki na jego gardle nie zacisnęły się łapy.



11 из 44