Trzynaście miesięcy! Cornelius wzdrygnął się. To będzie długie i zimne czekanie, a honorarium i dodatki gromadzące się dla niego były słabą pociechą tu, siedemset siedemdziesiąt milionów kilometrów od Słońca.

— Wspaniałe miejsce do badań naukowych — ciągnął Viken. — Same udogodnienia, dobrana paczka kolegów, spokój i cisza — oraz, oczywiście… — Wycelował kciukiem w planetę i odwrócił się do wyjścia.

Cornelius ruszył w ślad za nim, kołysząc się niezgrabnie.

— To bardzo ciekawe, niewątpliwie — mówił sapiąc. — Fascynujące. Ale doprawdy, doktorze Viken, gnać mnie taki kawał drogi i kazać mi spędzać rok z hakiem w oczekiwaniu na najbliższy statek — żeby wykonać robotę, która może mi zająć kilka tygodni…

— Jest pan pewien, że to takie proste? — zapytał grzecznie Viken. Obejrzał się za siebie i w jego oczach było coś takiego, co zmusiło Corneliusa do milczenia. — Po tych wszystkich latach spędzonych tutaj pragnąłbym zetknąć się kiedyś z taką sprawą, choćby najbardziej zagmatwaną, która nie okaże się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy podejdzie się do niej we właściwy sposób.


* * *

Przeszli przez śluzę i tunel łączący ją z wejściem do Stacji. Niemal wszystko znajdowało się pod ziemią. Pokoje, laboratoria, nawet korytarze odznaczały się pewnym luksusem — we wspólnej sali był nawet kominek z prawdziwym ogniem! Bóg jeden wie, ile to musiało kosztować! Zastanowiwszy się nad ogromną zimną pustką, w jakiej kryła się królewska planeta, i nad swoim rocznym wyrokiem, Cornelius doszedł do wniosku, że takie luksusy były rzeczywiście biologiczną koniecznością.

Viken zaprowadził go do przyjemnie urządzonego pokoju, który miał być odtąd jego własnością. — Niedługo przyniesiemy bagaże i wyładujemy pański sprzęt psioniczny. Teraz wszyscy albo rozmawiają z załogą statku, albo czytają listy.



5 из 44