
Jego ogromna świta wypełniła szczelnie całą salę konferencyjną; dwunastu strażników spoconych do nieprzytomności w pikowanych zbrojach i tyluż służących, którzy, ograniczeni wąskimi specjalizacjami, nie mieli nic do roboty, więc jedynie stali pod przeciwległą ścianą i próbowali ochłodzić powietrze szerokimi wachlarzami. Jeden z członków świty, najwyraźniej tłumacz, zajął pozycję za fotelem księcia i mruczał do niego, kiedy Yongxing podnosił dłoń, zwykle po bardziej zajadłych wybuchach Barhama.
Dwóch innych chińskich oficjeli siedziało po obu stronach księcia. Zostali przedstawieni Laurence’owi dość zdawkowo i żaden nie odezwał się ani słowem, choć młodszy, Sun Kai, obserwował beznamiętnie wydarzenia i uważnie przysłuchiwał się słowom tłumacza. Starszy poseł, duży mężczyzna z wydatnym brzuchem i spiczastą siwą bródką, stopniowo ulegał gorącu: opuścił głowę na pierś i otworzył szeroko usta, a jego dłoń, w której dzierżył wachlarz, ledwo się poruszała. Obaj ubrani byli w szaty z ciemnoniebieskiego jedwabiu, niemal równie ozdobne jak strój księcia, i razem tworzyli imponującą fasadę: bez wątpienia Zachód nie widział jeszcze takiej delegacji.
Nawet bardziej doświadczony dyplomata mógłby w tej sytuacji przyjąć postawę mniej lub bardziej służalczą, lecz Laurence bynajmniej nie był w nastroju do wybaczania, choć jednocześnie był niemal tak samo wściekły na samego siebie za to, że liczył na coś lepszego. Przybył bronić swojej sprawy i w głębi serca nawet spodziewał się ułaskawienia, tymczasem dostał burę, jakiej nie śmiałby dać niedoświadczonemu porucznikowi, a wszystko to odbyło się w obecności zagranicznego księcia i jego świty, przypominającej trybunał zgromadzony w celu osądzenia jego zbrodni. Mimo to ze wszystkich sił starał się trzymać język za zębami. W końcu jednak Barham oznajmił niezwykle łaskawym tonem:
