
— Oczywiście, kapitanie, nosimy się z zamiarem przydzielenia panu po tym wszystkim innego świeżo wyklutego smoka.
I wtedy cierpliwość Laurence’a się wyczerpała.
— Nie, sir — odpowiedział. — Przykro mi, ale nie. Nie zrobię tego, a co do innego przydziału, to proszę mnie z niego zwolnić.
Admirał Powys z Korpusu Powietrznego, który siedział obok Barhama, do tej pory nic nie powiedział, a teraz tylko pokręcił głową, niespecjalnie zdziwiony, i splótł dłonie na wydatnym brzuchu. Barham posłał mu wściekłe spojrzenie i zwrócił się do Laurence’a:
— Może nie wyraziłem się dostatecznie jasno, kapitanie. To nie jest prośba. Otrzymał pan rozkaz i go pan wykona.
— Prędzej dam się powiesić — rzekł beznamiętnie Laurence, nie dbając o to, że odzywa się w ten sposób do Pierwszego Lorda Admiralicji: już by pogrzebał swoją karierę, gdyby wciąż służył w marynarce, a i nawet w siłach powietrznych nie mogło mu to wyjść na dobre. Skoro jednak zamierzali odesłać Temeraire’a do Chin, to jego kariera awiatora się skończyła; nigdy by się nie zgodził na inny przydział. Żaden smok nie dorównałby Temeraire’owi, a Laurence nie zamierzał poprzestawać na jakimś gorszym stworzeniu, kiedy ludzie z Korpusu stali w kolejce w sześciu szeregach, czekając na szansę.
Yongxing nic nie powiedział, ale jeszcze bardziej zacisnął usta; członkowie jego świty poruszyli się i zaczęli rozmawiać szeptem w swoim języku. Laurence nie miał wątpliwości, że wyczuwa w ich słowach niejaką pogardę, bardziej dla Barhama niż dla niego, a Pierwszy Lord najwyraźniej odniósł podobne wrażenie, bo jego twarz pokryła się plamkami wściekłości, choć usilnie starał się zachować spokój.
— Na Boga, Laurence, jeśli sądzi pan, że może stać tu, w środku Whitehall, i wszczynać bunt, to się pan myli. Zapomniał pan chyba, że przede wszystkim liczy się obowiązek wobec kraju i króla, a nie tego pańskiego smoka.
