
— Nie, sir, to pan o czymś zapomniał. Przecież właśnie z obowiązku nałożyłem uprząż Temeraire’owi, poświęcając służbę w Królewskiej Marynarce i nie wiedząc, że jest to smok niezwykłej rasy, a co dopiero Niebiański — wyjaśnił Laurence. — I z obowiązku przeprowadziłem go przez trudne ćwiczenia, a potem podjąłem ciężką i niebezpieczną służbę, z obowiązku zabrałem go w bój i kazałem mu narażać życie i szczęście. Nie odpłacę mu teraz za lojalną służbę kłamstwem i oszustwem.
— Dosyć tego gadania — odparł Barham. — Ktoś mógłby pomyśleć, że kazano panu oddać pierworodnego. Przykro mi, jeśli to stworzenie stało się pańskim ulubieńcem i nie potrafi się pan pogodzić z jego utratą…
— Temeraire nie jest ani moim ulubieńcem, ani moją własnością, sir — warknął Laurence. — Służył Anglii i królowi tak samo jak ja czy pan, a teraz, ponieważ nie chce wracać do Chin, pan wzywa mnie i każe mi go okłamać. Czy mógłbym zachować honor, gdybym na to przystał? Doprawdy — dodał, nie potrafiąc się już dłużej opanować — dziwię się, że w ogóle wystąpił pan z taką propozycją, bardzo się dziwię.
— Laurence, niech cię piekło pochłonie — rzekł Barham, rezygnując na dobre z pozoru oficjalności; pływał na okrętach wiele lat, zanim został członkiem rządu, dlatego gdy wpadał w złość, mało przypominał polityka. — To jest chiński smok, więc można przypuszczać, że będzie mu lepiej w Chinach. Tak czy owak, należy do nich i na tym koniec. Określenie „złodziej” nie jest zbyt miłe, a rząd Jego Królewskiej Mości nie zamierza na nie zasłużyć.
— Wiem, jak powinienem to przyjąć. — Laurence zaczerwieniłby się, gdyby już nie było mu gorąco. — I całkowicie odrzucam oskarżenie, sir. Ci panowie nie zaprzeczają, że podarowali jajo Francji. Zdobyliśmy je na pokładzie francuskiego okrętu, tak więc zarówno okręt, jak i jajo należały nam się słusznie decyzją sądu Admiralicji, o czym pan dobrze wie. Pod żadnym względem Temeraire nie należy już do nich; gdyby tak bardzo się martwili o Niebiańskiego, nie powinni byli dawać go w skorupie.
