Pitt był wysoki. Miał stalowosiwe włosy, długą twarz i głębokie niebieskie oczy. Pomimo pięćdziesięciu sześciu lat był w doskonałej formie.

Spojrzał na wchodzącą Eugenię Insygnę i uśmiechnął się. W środku jednak poczuł ukłucie niepokoju, który zawsze towarzyszył ich spotkaniom. Eugenię otaczała aura kłopotów, a nawet zmartwień. Zawsze były jakieś Powody (przez duże P), z którymi trudno było sobie poradzić.

— Dziękuję, że zechciałeś mnie przyjąć, Janus — powiedziała. — Bez uprzedzenia.

Pitt zaparkował komputer i rozsiadł się wygodniej na krześle, celowo udając absolutny spokój.

— Moja droga — powiedział — między nami nie ma żadnych formalności. Przebyliśmy razem długą drogę.

— Tak. wiele razem przeżyliśmy — dodała Insygna.

— Zgadza się. Jak tam twoja córka?

— Właśnie w jej sprawie przyszłam do ciebie. Czy jesteśmy zabezpieczeni?

Pitt uniósł brwi.

— Chcesz się zabezpieczyć. Po co, przed kim? Pytanie Insygny obudziło w nim smutną świadomość sytuacji Rotora. Byli sami we wszechświecie. Układ Słoneczny znajdował się w odległości dwóch lat świetlnych. W pobliżu nie było żadnych światów, w których mogłaby istnieć inteligencja, a przynajmniej w zasięgu setek, a może miliardów tysięcy kilometrów. Rotorianie mogli czuć się osamotnieni, a nawet niepewni jutra. nie groziła im jednak żadna zewnętrzna interwencja. Prawie żadna — pomyślał Pitt.

— Wiesz, po co trzeba się zabezpieczać. Sam przecież zawsze nalegałeś na przestrzeganie tajemnic.

Pitt uruchomił zabezpieczenie i powiedział:

— Czy znowu chcesz rozmawiać o tym samym? Proszę, Eugenio… Wszystko już dawno ustaliliśmy. Ustaliliśmy to czternaście lat temu, gdy opuszczaliśmy Układ. Wiem, że od czasu do czasu dumasz nad tym wszystkim…



11 из 393