
Odwróciła się i wymamrotała „Cześć", usiłując nie zarumienić się.
Uśmiechnął się do niej.
— Ciągle patrzysz na Erytro, prawda? — Nie odpowiedziała na to. Było to oczywiste. Wszyscy wiedzieli, co czuje do Erytro.
— Skąd się tu wziąłeś? (Powiedz mi, że mnie szukałeś — pomyślała.)
— Przysłała mnie twoja matka — powiedział. (No tak.)
— Po co?
— Powiedziała, że jesteś w złym humorze i że za każdym razem, kiedy rozczulasz się nad sobą, przychodzisz tutaj, i że mam cię stąd zabrać, ponieważ, jak powiedziała, będziesz jeszcze bardziej zrzędliwa, jeśli tu zostaniesz. Co ci jest?
— Nic. A jeśli coś, to mam ku temu powody.
— Jakie powody? Przestań się wygłupiać, nie jesteś już dzieckiem. Chyba umiesz powiedzieć, o co ci chodzi.
Marlena uniosła brwi.
— Tak, umiem. A jeśli chodzi o powody, to chciałabym wybrać się w podróż.
Orinel roześmiał się.
— Przecież podróżowałaś. Przebyłaś więcej niż dwa lata świetlne. Nikt w całej historii Układu Słonecznego nie przebył więcej niż ułamek tej trasy. Oprócz nas. Nie powinnaś narzekać. Jesteś Marlena Insygną Fisher. Galaktyczną podróżniczką.
Marlena wstrzymała chichot. Insygną to było panieńskie nazwisko jej matki i za każdym razem gdy Orinel wypowiadał je w całości, prawą ręką oddawał wojskowy salut i robił przy tym minę. Prawdę mówiąc od dawna przestał błaznować.
Być może dlatego, że zbliżał się do dorosłości i ćwiczył godną postawę.
— Nie pamiętam tej podróży — powiedziała. — Wiesz przecież, że nie mogę jej pamiętać, a to znaczy, że nie ma ona dla mnie żadnej wartości. Jesteśmy tutaj, dwa lata świetlne od Układu Słonecznego i nigdy nie wrócimy.
— Skąd wiesz?
— Nie wygłupiaj się, czy słyszałeś, żeby ktokolwiek wspominał o powrocie?
