— No cóż… Nawet, jeśli nie wrócimy, kogo to obchodzi? Ziemia jest strasznie zatłoczona, cały Układ Słoneczny jest pełen ludzi i przez to coraz bardziej zużyty. Tutaj jest lepiej, jesteśmy władcami własnego poznania.

— Nieprawda. Poznajemy Erytro, ale nie jesteśmy jej władcami.

— A właśnie, że tak. Mamy wspaniałą Kopułę pracującą nad Erytro. Wiesz przecież…

— Ale nie dla nas. Dla jakichś naukowców. Mówię o nas. Nam nie pozwala się lecieć tam.

— Wszystko wymaga czasu — powiedział wesoło Orinel.

— No tak. I polecę na Erytro, kiedy dorosnę albo będę zbliżała się do śmierci.

— Nie będzie tak źle. W każdym razie chodźmy stąd. Musisz pokazać się światu i uszczęśliwić matkę. Muszę już iść, mam masę roboty. Doloret…

Marlena poczuła nagły szum w uszach i nie dosłyszała reszty wypowiedzi. Wystarczyło jej jednak to imię… Marlena nienawidziła Doloret, która była wysoka i próżna.

A zresztą nie ma się czym przejmować. I tak nie powie Orinelowi, żeby przestał interesować się tą dziewczyną. Patrząc na niego dokładnie wiedziała, co czuje. Przysłano go tu po nią i biedny Orinel marnował swój czas. Tak właśnie myślał i bardzo spieszyło mu się do tej, tej Doloret. (Wolałaby tego nie wiedzieć. Czasami żałowała, że odczytuje ludzkie twarze.)

Nagle przyszło jej do głowy, żeby go zranić, żeby powiedzieć coś, co sprawi mu ból. Nie mogła kłamać; chciałaby powiedzieć mu prawdę.

— Nigdy nie wrócimy do Układu Słonecznego i ja wiem dlaczego.

— Tak? Dlaczego?

Martena zawahała się i w rezultacie nie powiedziała nic.

— Tajemnica? — dodał Orinel.

Złapał ją. Nie powinna była tego mówić.

— Nie powiem ci — wymamrotała. — Nie wolno mi tego wiedzieć. Ale przecież chciała powiedzieć mu o tym.

Chciała, żeby wszyscy cierpieli.

— No, powiedz wreszcie. Jesteśmy przyjaciółmi, czyż nie tak?

— Doprawdy? — zapytała. — W porządku, słuchaj: nigdy nie wrócimy, bo Ziemia zostanie zniszczona.



6 из 393