
Nie zareagował tak, jak oczekiwała. Wybuchnął głośnym chichotem. Śmiał się przez jakiś czas, a Martena wpatrywała się w niego pytająco.
— Gdzie to usłyszałaś? — powiedział po chwili. — Oglądałaś horrory?
— Nie!
— Po co więc mówisz takie bzdury?
— Ponieważ wiem. Wiem i mogę o tym mówić. Odgaduję prawdę z tego, o czym rozmawiają ludzie, a raczej z tego, o czym nie rozmawiają. Widzę, co robią wtedy, gdy myślą, że nikt nie widzi. Umiem także zadawać prawidłowe pytania komputerowi.
— Na przykład jakie?
— Nie powiem ci.
— A może raczej wyobrażasz coś sobie, tak troszeczkę, ociupinkę? — powiedział Orinel pokazując palcami o jaką część ilości mu chodzi.
— Nie! Ziemia nie zostanie zniszczona od razu, może nawet nie za tysiące lat, ale na pewno ulegnie zagładzie — kiwnęła głową na potwierdzenie własnych słów. — Nic nie jest w stanie temu zapobiec.
Odwróciła się i odeszła. Była zła na Orinela za podawanie w wątpliwość jej prawdomówności. Nie, on nie wątpił, było to coś znacznie gorszego. Myślał, że oszalała. Tak wygląda prawda. Powiedziała za dużo i nic przez to nie zyskała. Wszystko obracało się przeciwko niej.
Orinel spoglądał na nią. Śmiech zamarł na jego chłopięco przystojnej twarzy. Niepewność zmarszczyła mu skórę pomiędzy brwiami.
Eugenia Insygna dobiegła wieku średniego podczas podróży na Nemezis i długiego pobytu na Rotorze. Przez te wszystkie lata często mówiła sobie: „To dla życia, dla życia naszych dzieci w nieodgadnionej przyszłości”. Ciążyła jej ta świadomość. Dlaczego? Wiedziała przecież o nieuniknionych konsekwencjach opuszczenia Układu Słonecznego. Wszyscy na Rotorze — sami ochotnicy — mieli tę świadomość. Ci, którzy wystraszyli się wiecznej rozłąki, opuścili Rotora przed odlotem. A pomiędzy nimi był…
Nie dokończyła tej myśli. Zbyt często ją nawiedzała i nigdy nie próbowała jej dokończyć.
