
— Cholera, nie chcę tego. Potrzebuję pistoletu. Gdybym akurat chciał kogoś zastrzelić, jasne?
Kelner wzruszył ramionami i schował taser za puszki po chrzanie.
— Dwie godziny.
Wszedł do sklepu, nie spojrzawszy nawet na rząd shurikenów. W życiu czymś takim nie rzucał.
Kupił dwie paczki yeheyuanów, płacąc chipem Banku Mitsubishi, według którego nazywał się Charles Derek May. To lepiej niż Truman Starr, jak w paszporcie.
Japonka za ladą wyglądała na kilka lat starszą od starego Deane’a, przy czym ani razu nie korzystała z dobrodziejstw nauki. Wyjął z kieszeni cienki zwitek nowych jenów.
— Chcę kupić broń.
Skinęła w stronę szafki wypełnionej nożami.
— Nie — odparł. — Nie lubię noży.
Wyjęła spod lady wąskie, podłużne pudło. Na pokrywie z żółtej tektury wyrysowano tandetnie kobrę z rozpostartym kapturem. Wewnątrz leżało osiem identycznych, owiniętych bibułką cylindrów. Patrzył, jak plamiste palce zdzierają papier. Uniosła obiekt, by mógł się przyjrzeć — matowa, stalowa rurka z rzemienną pętlą na jednym końcu i niewielką, brązową piramidką na drugim. Ścisnęła rurę, obejmując kciukiem i palcem wskazującym koniec przy piramidce. Szarpnęła za rzemień. Trzy lśniące teleskopowe fragmenty zwiniętej ciasno sprężyny wysunęły się i zablokowały.
— Kobra — powiedziała.
Ponad migoczącymi neonami niebo nad Ninsei miało posępny, szary kolor. Powietrze było coraz gorsze, a tego wieczoru wyrosły mu chyba zęby i co drugi człowiek nosił maskę filtracyjną. Case spędził dziesięć minut nad pisuarem, usiłując znaleźć wygodny sposób noszenia kobry. W końcu wcisnął uchwyt za pasek dżinsów; piramidkowe ostrze mieściło się pomiędzy żebrami a podszewką wiatrówki. Miał wrażenie, że przy pierwszym kroku całe urządzenie potoczy się na chodnik, ale czuł się pewniej.
W Chat zwykle nie prowadziło się interesów, choć w ciągu tygodnia pojawiali się tu różni klienci.
