
— Widziałeś dziś Wage’a, Lonny?
Zone przyglądał mu się ze zwykłą obojętnością. Pokręcił głową.
— Jesteś pewien?
— Może w Namban. Może ze dwie godziny temu.
— Miał ze sobą jakichś pajaców? Jeden chudy, ciemne włosy, może w czarnej kurtce?
— Nie — stwierdził po chwili Zone, marszcząc gładkie czoło, by wykazać, ile wysiłku kosztuje go przypominanie sobie tylu nieistotnych szczegółów. — Wielkie chłopy. Hodowlani.
W oczach Zone’a było bardzo niewiele białkówki i jeszcze mniej tęczówek; pod obwisłymi powiekami lśniły powiększone, ogromne źrenice. Długo patrzył na Case’a, potem spuścił wzrok i dostrzegł wybrzuszenie stalowego pejcza.
— Kobra. — Uniósł brew. — Chcesz kogoś przepieprzyć?
— Na razie, Lonny — rzucił Case i wyszedł.
Ogon pojawił się znowu. Był tego pewien. Poczuł napływ euforii. Ośmiokąty i adrenalina mieszały się z czymś jeszcze. Bawi cię to, pomyślał. Zupełnie zwariowałeś.
W jakiś niewytłumaczalny sposób wszystko to przypominało mu trasę w matrycy. Wystarczyło trochę przemęczenia, jakieś rozpaczliwe, ale właściwie całkiem dowolne kłopoty, a mógł patrzeć na Ninsei jak na pola danych. Matryca też kiedyś przypominała mu proteiny, powiązane w różny sposób dla specyfikacji komórek. Potem można rzucić się w przyspieszony dryf z poślizgiem, z absolutnym zaangażowaniem, ale też obojętnie, a wszystko wokół szalało w tańcu biznesu, interakcji informacyjnej, danych ucieleśnionych w labiryntach czarnego rynku…
