– A skąd pani wie, że to ludożerca? – napastliwie zapytała starsza dama, która przez cały czas podróży najgłośniej dawała wyraz swoim pretensjom.

– Najlepiej chyba sprawdzić – oznajmiła Rose z wymuszonym uśmiechem. – Gdyby ktoś z państwa chciał zgłosić się na ochotnika…

Turyści wybuchnęli chóralnym śmiechem i nastrój całkowicie się zmienił. Uczestnicy wycieczki uznali na koniec, że nie był to stracony czas. Dzięki Bogu, myślała ponuro Rose. W końcu obwoziłam ich godzinę dłużej niż zwykle, na co poszło mnóstwo paliwa. A przy stanie jej interesów…

W drodze powrotnej już na wirażu rzeki zobaczyła, że jej miejsce na przystani jest zajęte. To była kropla, która przepełniła czarę. Rose dopłynęła do burty wielkiego jachtu i zawołała na cały głos:

– Hej! Jest tam kto? Zajęliście moje miejsce.

Nikt nie odpowiedział. Lśniący bielą i niebieskością jacht kołysał się lekko na cumie i dopiero teraz Rose dostrzegła starannie wymalowany napis: „Wodne ambulatorium”.

Ambulatorium? Co tu się…

– Czy wysadzi nas pani wreszcie? – dopytywała się zirytowana dama. – Jesteśmy już ponad godzinę spóźnieni.

W tej sytuacji Rose mogła jedynie wysadzić pasażerów przy drugiej przystani, co zdecydowanie nie przypadło im do gustu. Kiedy przeprosiła już po raz dziesiąty i po raz kolejny zdecydowanie odmówiła zwrócenia pieniędzy pani Henry – która zapłaciła, owszem, za przejażdżkę, ale nie za półkilometrowy marsz do miasta – była na granicy histerii. Pożegnawszy się z turystami, zdecydowanym krokiem ruszyła ku górnej przystani, aby powiedzieć właścicielowi jachtu, co o nim myśli.

Ten jacht, który zajął jej miejsce, był dziesięć razy większy i milion dolarów droższy od jej łodzi. Sama kabina jest większa od mojego domu, pomyślała Rose z goryczą. Ogromne okna były przyciemnione, aby nie pozwolić gapiom na zaglądanie do środka. „Wodne ambulatorium”, przypomniała sobie ze złością.



2 из 116