
Wejście na pomost – pomost opłacany przez Rose – blokował szlaban i tablica z napisem: „Porady medyczne na pokładzie jachtu od poniedziałku do piątku. Proszę o wcześniejsze zgłaszanie wizyt. Dr med. Ryan Connell, AKTM”. I numer telefonu oraz godziny przyjęć.
AKTM – czyli członek Australijskiego Królewskiego Towarzystwa Medycznego. Proszę, proszę. Rose przemknęła pod barierką i wkroczyła na pokład „Mandali”.
Nigdy jeszcze nie była na tak wielkiej łodzi. Luksusowe jachty zawijały niekiedy do Kora Bay, ale ich właściciele nie zadawali się z osobami takimi jak Rose, która patrzyła teraz zazdrośnie na olinowanie i mosiężne skuwki. Gdyby mogła sobie na takie pozwolić… Ale jej „Krokodylek” urządzony został z myślą o oszczędności, ale to słowo było chyba nie znane właścicielom jachtu.
Wydawało się, że na pokładzie nie ma nikogo, co zdziwiło Rose, która uważała, że jacht tej wielkości musi mieć stałą załogę. Co więcej, spodziewała się, że kiedy przekroczy barierkę, znienacka wynurzą się uzbrojeni po zęby strażnicy. Poczuła się nawet odrobinę rozczarowana, kiedy ich nie zobaczyła, gdyż w obecnym stanie ducha mogłaby dać sobie radę z dwoma zapaśnikami sumo na raz.
Pośrodku pokładu zobaczyła drzwi do kabiny: wielkie dwa skrzydła z pięknego mahoniu. Ani myślała kłonić głowę przed przepychem, stanowczym krokiem podeszła więc do drzwi, a chociaż zobaczyła na ich framudze złoty przycisk i prośbę o dzwonienie, dwa razy z rozmachem walnęła pięścią.
– Ambulatorium jest zamknięte do poniedziałku, chyba że chodzi o nagły wypadek. Jeśli wyłamie pani drzwi, trzeba będzie za nie zapłacić.
Rose podskoczyła i odwróciła się gwałtownie, spodziewając się ujrzeć istotnie zawodnika sumo. Tymczasem stał przed nią wysoki i szczupły mężczyzna, najwyraźniej równie rozzłoszczony jak ona sama.
– Jacht jest własnością prywatną i udostępniany jest tylko we wskazanych godzinach. Chyba że się coś wydarzyło.
