
Kiwnął głową i podszedł do kościelnego, a ja patrzyłem na postument z kutego żelaza i zastanawiałem się, co dalej.
Bomby, które spadły na katedrę, to były głównie bomby zapalające, ale Carruthers miał rację. Wstrząsy wywołują niekiedy dziwne skutki, a w sąsiedztwie nastąpiło kilka wybuchów, od bomb burzących po zbiorniki z gazem. Podmuch mógł cisnąć strusią nogę biskupa na środkowe przejście nawy albo na chór.
Usunąłem więcej gruzu, próbując ocenić, w którą stronę poleciało szkło z Kaplicy Sukienników. Większość odłamków wymiotło chyba na południe i zachód. Powinienem szukać po drugiej stronie, na końcu nawy.
Wróciłem do przegrody i zacząłem kopać na południowy zachód. Trzeba zajrzeć pod każdy kamień.
Dzwony zaczęły wybijać godzinę i wszyscy, nawet Pan Spivens, przerwaliśmy nasze czynności, żeby podnieść wzrok na wieżę. Dach zniknął, więc widzieliśmy iglicę, nietkniętą, wznoszącą się ponad dymem i kurzem. Dzwony brzmiały pięknie, jakby nie dosięgło ich zniszczenie.
— Patrz, tam jest gwiazda — powiedział Carruthers.
— Gdzie? — zapytałem.
— Tam — pokazał. Widziałem tylko dym.
— O tam — powiedział. — Nad iglicą. Nad dymiącymi zgliszczami wojny, nad ruinami świata. Spogląda z góry na nieludzkie czyny człowieka, jasny herold piękna i nadziei, zapowiedź lepszej przyszłości. Świetlisty symbol odrodzenia, które rychło nadejdzie.
— Które rychło nadejdzie? — Spojrzałem na niego z niepokojem. — Jasny herold piękna i nadziei?
Jednym z pierwszych symptomów dyschronii jest skłonność do sentymentalnego bełkotu, niczym pijany Irlandczyk lub całkiem trzeźwy wiktoriański poeta. Carruthers wykonał ostatnio co najmniej cztery skoki, dwa w ledwie kilkugodzinnych odstępach, a kto wie, ile więcej musiał zrobić przy mierzeniu piszczałek organowych. Sam mówił, że od dawna nie spał.
