
Zmarszczyłem brwi i próbowałem przywołać z pamięci listę symptomów dyschronii. Sentymentalny bełkot, trudności z rozróżnianiem dźwięków, zmęczenie — ale przecież usłyszał dzwony, a każdy nieszczęśnik związany z projektem lady Schrapnell cierpiał na brak snu. Przez cały zeszły tydzień udało mi się zasnąć tylko podczas Bazaru Wysiłku Wojennego w dniu Św. Kryspina. Zasnąłem przy „Witamy” i przespałem połowę wstępnej mowy komitetu organizacyjnego.
Jakie były inne symptomy? Skłonność do roztargnienia. Spowolnienie reakcji. Zaburzenia wzroku.
— Gwiazda — powiedziałem. — Jak wygląda?
— Co to znaczy, jak wygląda? — zdziwił się Carruthers, wcale nie reagując powoli. — Wygląda jak gwiazda.
Dzwony umilkły i tylko echo rozbrzmiewało w zadymionym powietrzu.
— Myślisz, że jak wygląda gwiazda? — fuknął Carruthers i zamaszystym krokiem ruszył na spotkanie kościelnego.
Rozdrażnienie stanowiło oczywisty symptom. A przewodniki sieciowe wyraźnie ostrzegały, że osoby cierpiące na dyschronię należy natychmiast „usunąć ze środowiska” i odsunąć od obowiązków, ale gdybym to zrobił, musiałbym wytłumaczyć lady Schrapnell, co robimy w Oksfordzie zamiast w Coventry.
Przecież głównie dlatego grzebałem tutaj w gruzach, ponieważ wolałem nie tłumaczyć, dlaczego nie wylądowałem czternastego o ósmej przed frontem katedry, jak planowano; zresztą daremnie próbowałbym wyjaśniać, że przyczyną był poślizg, ponieważ lady Schrapnell nie wierzyła w poślizgi. Ani w dyschronię.
Nie, dopóki Carruthers całkiem się nie rozsypał, lepiej było zostać tutaj, znaleźć strusią nogę biskupa, a potem wrócić i powiedzieć lady Schrapnell, tak, ona była w katedrze podczas nalotu, a potem złapać trochę snu. Sen, który ceruje podarte rękawy niepeespowskich mundurów, który wygładza usmolone czoło i odpędza smutki, który zsyła na znużoną duszę błogosławiony, kojący spoczy…
Carruthers podszedł bliżej i nie wyglądał ani na zmęczonego, ani na roztargnionego. Dobrze.
