
— Ile skoków pan wykonał przez ostatnie dwa tygodnie? — zapytała. Patrzyłem, jak wstukuje odczyty do komunikatora, i próbowałem sobie przypomnieć, ile wynosi legalny limit skoków. Osiem? Pięć?
— Cztery — powiedziałem. — To Carruthersa trzeba zbadać. Jest jeszcze brudniejszy ode mnie i powinna pani posłuchać, co on wygaduje o gwiazdach i przyszłości, „która rychło nadejdzie”.
— Jakie pan ma objawy? Dezorientacja?
— Nie.
— Senność?
To było trudniejsze. Wszystkie osoby harujące pod batem lady Schrapnell automatycznie pozbawiono snu, ale wątpiłem, czy pielęgniarka weźmie to pod uwagę. W każdym razie odczuwałem nie tyle senność, co raczej swoiste otępienie jak u „żywych trupów”, ludzi bombardowanych noc po nocy podczas wojny.
— Nie — powiedziałem w końcu.
— Spowolnienie reakcji — powiedziała do komunikatora. — Kiedy pan ostatnio spał?
— W 1940 — odpowiedziałem szybko, co stanowiło symptom przyspieszenia reakcji.
Wpisała coś jeszcze.
— Zauważył pan trudności w rozróżnianiu dźwięków?
— Nie — odparłem, uśmiechając się do niej. Pielęgniarki ze szpitala zwykle przypominają coś w rodzaju hiszpańskiej Inkwizycji, ta jednak miała prawie przyjazną twarz, niczym katowski pachołek, który przywiązuje cię pasami do koła albo przytrzymuje przed tobą otwarte drzwi Żelaznej Dziewicy.
— Zaburzenia wzroku? — zapytała. Zaprzeczyłem, próbując nie mrużyć oczu.
— Ile palców pokazuję?
Bez względu na zarzut spowolnienia reakcji, ta odpowiedź wymagała namysłu. Dwa to najbardziej prawdopodobna liczba, ponieważ łatwo je pomylić z trzema albo z jednym, ale ona mogła pokazać pięć, żeby mnie podejść, a jeśli tak, czy powinienem odpowiedzieć „cztery”, skoro technicznie biorąc kciuk nie jest palcem? A może ona trzyma rękę za plecami?
— Pięć — palnąłem wreszcie.
— Jak to możliwe, że według pana zrobił pan tylko cztery przeskoki?
