
— I widziała?
— Nie, proszę pana. Powiedziała, że zniszczył ją ogień.
— Pamiętam, kiedy musieli sprzedać katedrę w Coventry — zadumał się pan Dunworthy. — Ludzie przestali interesować się religią, nikt nie przychodził na nabożeństwa… Lizzie Bittner — wymówił z czułością. — Artretyzm. Pewnie nie ma już rudych włosów?
— Skłonność do dygresji — ogłosił Finch. — Panna Jenkins mówiła, że pan Henry stanowi ostry przypadek dyschronii.
— Panna Jenkins? — zapytał pan Dunworthy.
— Pielęgniarka, która badała pana Henry’ego w infirmerii.
— Urocze stworzenie — powiedziałem. — Anioł miłosierdzia, którego łagodne dłonie ukoiły wiele cierpiących dusz.
Finch i pan Dunworthy wymienili spojrzenia.
— Mówiła, że to najgorszy przypadek dyschronii, z jakim się spotkała — dodał Finch.
— I dlatego do pana przyszedłem — wyjaśniłem. — Przepisała mi dwa tygodnie nieprzerwanego wypoczynku w łóżku, a lady Schrapnell…
— Nigdy na to nie pozwoli — dokończył pan Dunworthy. — Konsekracja katedry odbędzie się już za siedemnaście dni.
— Próbowałem to wytłumaczyć pielęgniarce, sir, ale ona nie słuchała. Kazała mi wracać do siebie i położyć się do łóżka.
— Nie, nie, tam najpierw lady Schrapnell będzie szukać. Finch, gdzie ona jest?
— W Londynie. Właśnie dzwoniła z Królewskiego Szpitala. Podniosłem się z fotela.
— Powiedziałem jej, że zaszło nieporozumienie — ciągnął Finch — że pana Henry’ego zabrano do Królewskiej Kliniki.
— Dobrze. Niech pan zadzwoni do Królewskiej Kliniki i poprosi, Żeby ją tam zatrzymali.
— Już zadzwoniłem — odparł Finch.
— Doskonale — pochwalił go pan Dunworthy. — Siadaj, Ned. O czym to mówiłem?
— O Sherlocku Holmesie — podpowiedział Finch.
— Nieważne. Otóż ta historyczka przeniosła przez sieć…
— Powiedział pan „przeniosła przez sieć”? — przerwałem. — Nie można przenieść przez sieć niczego z przeszłości. To niemożliwe, prawda?
