
— Wycieraczki do piór — podsunąłem.
— Wycieraczki do piór, szydełkowe serwetki, wieńce z włosów, książę Albert, Flush, surduty, represje seksualne, Ruskin, Fagin, Elizabeth Barrett Browning, Dante Gabriel Rosetti, George Bernard Shaw, Gladstone, Galsworthy, gotyckie odrodzenie, Gilbert i Sullivan, tenis na trawie i parasolki od słońca. Proszę bardzo — rzucił w stronę serafina. — Już jest przeszkolony.
— Wymagany kurs dziewiętnastego wieku to trzy semestry historii politycznej, dwa…
— Finch — przerwał jej pan Dunworthy — niech pan pójdzie do kolegium Jezusa i przyniesie hipnofon i taśmy. Ned może zrobić przyspieszony kurs podprogowy, a pani tymczasem — znowu odwrócił się do serafina — może go ubrać i ustawić przeskok. Będą mu potrzebne letnie stroje, białe flanelowe spodnie, płócienna koszula, wioślarski blezer. Do bagażu należałoby…
— Bagaż! — wykrzyknęła serafinica, tocząc wokoło oczami. — Nie mam czasu, żeby zbierać bagaż! Dziewiętnaście skoków…
— Dobrze — uciął pan Dunworthy. — Sami zajmiemy się bagażem. Finch, niech pan pójdzie do Jezusa i przyniesie jakieś wiktoriańskie bagaże. Skontaktował się pan z Chiswickiem?
— Nie, proszę pana. Nie było go. Zostawiłem wiadomość. Wyszedł, po drodze zderzając się z chudym, wysokim czarnym chłopcem. Chłopiec niósł arkusz papieru i wyglądał najwyżej na osiemnaście lat, więc wziąłem go za jednego z pikietujących i wyciągnąłem rękę po ulotkę, ale on podszedł do pana Dunworthy’ego i powiedział nerwowo:
— Pan Dunworthy? Jestem TJ. Lewis. Ze Służby Czasowej. Pan szukał pana Chiswicka?
— Tak — potwierdził pan Dunworthy. — Gdzie on jest?
— W Cambridge, proszę pana — odpowiedział chłopiec.
— W Cambridge? Co on tam robi, do cholery?
— Szu-szuka posady, proszę pana — wyjąkał chłopiec. — On zło-zlożył wymówienie.
