
— Wiem, co to są kiermasze — przerwał mi pan Dunworthy. — Czy przy tych skokach były jakieś poślizgi?
Pokręciłem głową.
— Tylko zwykłe. Najczęściej przestrzenne, żeby nikt mnie nie zobaczył, kiedy przechodzę. Za probostwem albo na tyłach namiotu z herbatą.
Odwrócił się gwałtownie do Carruthersa.
— Jak bardzo przesunięte były przeskoki do Coventry, te, kiedy trafialiście na właściwe miejsce?
— Różnie — odpowiedział Carruthers. — Paulson przeszedł dwudziestego ósmego listopada. — Zamilkł i obliczał coś w pamięci. — Przeciętna wynosi jakieś dwadzieścia cztery godziny, mniej więcej. Najbliżej trafiliśmy do celu w popołudnie piętnastego, a teraz nawet tam nie mogę się dostać. Dlatego Ned musi przejść. Nowy rekrut ciągle jest tam jest i wątpię, czy sam potrafi wrócić. I nie wiadomo, w jakie kłopoty mógł się wpakować.
— Kłopoty — wymamrotał pan Dunworthy. Odwrócił się do techiczki. — Czy poślizg zwiększył się we wszystkich skokach, czy tylko w tych do Coventry?
— Nie wiem — odparła. — Jestem technikiem od garderoby. Ja tylko zastępuję Badriego. To on jest technikiem sieci.
— Badri, tak — rozjaśnił się pan Dunworthy. — Doskonale, Badri. Gdzie on jest?
— Z lady Schrapnell, proszę pana — poinformował go Finch. — Obawiam się, że oni już tutaj wracają.
Ale pan Dunworthy chyba nie usłyszał.
— Czy podczas zastępstwa — mówił do Warder — prowadziła pani jakieś przeskoki nie do katedry czternastego grudnia 1940 roku?
— Jeden — odparła. — Do Londynu.
— Jak duży był poślizg? — nalegał.
Panna Warder zrobiła minę, jakby chciała powiedzieć: „Nie mam na to czasu”, ale potem widocznie rozmyśliła się i zaczęła stukać w klawisze.
— Lokalizacja, brak poślizgu. Temporalny, osiem minut.
— Więc chodzi o Coventry — mruknął do siebie pan Dunworthy. — Osiem minut w którą stronę? Wcześniej czy później?
