Nigdy jeszcze mu się to nie zdarzyło; by nie wstał z pościeli równo z pianiem koguta. Ani razu w życiu nie chorował, a jak ktoś w taki ciepły, lipcowy dzień spoczywa pod pierzyną, to musi być albo koniec świata, albo jego koniec. Tak też sobie pomyślała Marynia, gdy nakarmiwszy świnie zajrzała do sypialni. Kaźmierz leżał sztywno z taką miną, jakby trzymał w ustach żabę i nie mógł się zdecydować, czy ją połknąć, czy wypluć. Na jego rozmiękczonej rozpaczą twarzy co chwila lądowały muchy, uporczywie starając się wejść w głąb dziurek od nosa. Kaźmierz trzymał bezwładne ręce na pierzynie, jakby siły już nie miał odpędzić nawet muchy. Wysunął tylko dolną wargę, jak złowiony karp, kiedy chwyta rozpaczliwie powietrze, i dmuchnął sobie prosto w nos, spędzając rozleniwione słońcem muszyska.

– Awo patrzaj – użalił się śpiesznie nad sobą. – Te gady tak mnie oblazły, jakby ja już truchłem był – zerknął z ukosa na Marynię, jakie też te słowa zrobiły na niej wrażenie i dorzucił z głębokim westchnieniem: – Ot, człowiecze, jak ty do ścierwa upodobnił sia, znaczy że przyszedł na ciebie koniec.

Zabrzmiało to jak wyrok, wydany na siebie samego. Marynia przyjrzała się z troską boleśnie wykrzywionej twarzy męża: mieć kaca chłop nie może, bo nie pił od czasu pierwszej komunii Kargulowej wnuczki. Wczoraj sam furę siana załadował. Może się, nie daj Panie Boże, podźwignął?

– Może arbatki wypije, a? – patrzyła mu czujnie w oczy. Kaźmierz skrzywił się niechętnie, jakby ta propozycja świadczyła o bezmiernej głupocie jego żony: muchy siadają na nim jak na ścierwie, czując, że życie z niego uchodzi, a ona mu „arbatki” proponuje!

– Prędzej ja by witroleju wypił, żeb' dłużej na tym padole niemordować sia…

– Aj, Bożeńciu, zebrało mu się umierać – Marynia patrzyła na boleściwą twarz Kaźmierza z wyraźnym wyrzutem. – A ty pytał mnie, czy ja chętna wdową zostać?



2 из 242