
Kaźmierz popatrzył na nią z ukosa z bezmiernym lekceważeniem jak na muchę, co swoim bzyczeniem próbuje zagłuszyć spiżowy dzwon. A jemu właśnie bił taki dzwon.
– Pora na mnie – wyszeptał jak grzesznik, klęczący przy konfesjonale. – Nie ma co po tym świecie jak pokutna dusza szastać sia. Dla chłopa grzech ziemię w jałowiznę wpędzić, a ja tej ziemi przyszłości już zapewnić nie mogę. Jak państwo chce ją przejąć, taż po co mnie żyć?
– Kaźmierz, taż pogrzeb kosztuje – Marynia apelowała tym razem do jego zmysłu gospodarskiego. – A z państwem to mało razy my wygrali? W czterdziestych latach za Mikołajczyka do UB ciebie ciągali, straszyli, że zdrajcę popierasz, w pięćdziesiątych do kołchoza nas chcieli zaciągnąć, ale nie było na nas mocnych! Tak i teraz tyle to państwo tobie narobi, co pies kotu w dziurawej stodole…
Choć Marynia mówiła ze szczerym przekonaniem, Kaźmierz odczuł to najwyraźniej jako przeciwstawienie się jego koncepcji.
– Ot, koczerbicha jedna! – zeźliło go, że Marynia usiłuje zepsuć bezlitosną powagę chwili, potrząsając grzechotką naiwnych argumentów. – Mnie ksiądz potrzebny, a nie twoja agitacja!
– Wezwę lekarza – przerażona Marynia cofała się tyłem ku drzwiom, patrząc teraz na Kaźmierza takim wzrokiem, jakby brała już z niego miarę na trumnę. Zatrzymał ją gestem ledwo uniesionej z pościeli dłoni.
– Aj, Bożeńciu, na cóż te koszta? – zaniepokoił się, wiedziony chłopskim wyrachowaniem. – Taż ze śmierci żaden doktor mnie nie wyleczy. Raz się człowiek rodzi i raz umiera…
– A nie za prędki ty do tego umierania? Wczoraj on furę siana zwiózł, kopę ustawiwszy, a dziś bez dania racji do umarcia szykuje sia!
– Mnie nie z chorości pora odejść – drżącym ze wzruszenia głosem śpiewnie wyznał Kaźmierz, a zabrzmiało to tak jakby wygłaszał nad własną trumną ostatnie słowa pożegnania. – Cóż ty zrobisz, człowiecze, jak w zegarze twojego żywota sprężyna urwawszy sia?
– Odkąd to ty taki zegarmistrz? – Marynia wciąż nie mogła się pogodzić z myślą, że ma przed sobą konającego. Kaźmierz omiótł ją spojrzeniem człowieka głęboko urażonego czyjąś gruboskórnością.
