
– A zapomniała to, jak babcia Leonia do nieba szykowała sia iść?
Kiedy nadeszła pora, że jego matka miała żegnać się ze światem, wymogła na Kaźmierzu obietnicę, że klaczkę oźrebi, Witię bogato ożeni i krużewnicką ziemią z woreczka posypie jej grób. Potem, patrząc na poniemiecki zegar z ciężarkami w kształcie szyszek świerka, powiedziała z bezmierną pewnością, że o szóstej wieczorem gromnice mogą przy niej zapalić. Darmo Kaźmierz wahadło zegara zatrzymał: punktualnie o szóstej babcia Leonia ostatni raz wydała westchnienie tak lekkie, jakby motyl złożył skrzydła…
– Tak ono i ze mną będzie! – stwierdził Kaźmierz z bezlitosną pewnością siebie, krzywiąc przy tym nos, bo mu się natrętne muszyska pchały prosto w dziurki. – Widać to u nas rodzinne, że każdy wie, kiedy jego pora odejść…
Wyglądało więc, że decyzja zapadła. Tylko godziny Kaźmierz nie podał. Marynia czuła, że nie przekona go, by się tak bardzo nie spieszył na spotkanie z babcią Leonią. Jak zwykle w ważnych dla rodziny chwilach wciągnęła do działania sąsiada: na Kaźmierza koniec przyszedł, niech Kargul bierze rower i na pocztę do Lutomyśla gna! Trzeba nadać depeszę do Pawła. Oto treść: „Ojciec umierający, przyjedź natychmiast”. Kargul nie odmówił pomocy sąsiedzkiej. Rower napompował, nogawkę spiął agrafką, żeby mu się w łańcuch nie wkręciła. Nie spieszył się, czekając aż Marynia wyruszy zawiadomić Witię, że ojcu zbrzydło życie. Ledwie Pawlakowa zniknęła za bramą – Kargul zajrzał do sypialni Pawlaka. O czym rozmawiał z Kaźmierzem, tego Marynia już wiedzieć nie mogła, bo człapała w gumiakach przez łąki do obejścia syna z wiadomością, że lada moment zostanie półsierotą, a jego córka Ania straci dziadka, dla którego zawsze była oczkiem w głowie.
W tym czasie Ania, nieświadoma zbliżającej się tragedii, kończyła pisać drugą stronę swego pamiętnika. Pisała to, czego by nie powiedziała nikomu głośno, tak jak nie wyspowiadałaby się księdzu ze swoich grzesznych snów. Ale czy właściwie to, o czym Ania śniła, było naprawdę aż tak grzeszne?
