Była też jeszcze jedna przyczyna, która powodowała, że czułam się tego dnia wyjątkowo byle jak.

Nick. Nicholas Spencer. Niezależnie od tego, jak przekonujące wydawały się wszelkie dowody, zwyczajnie nie mogłam uwierzyć w to, co o nim usłyszałam.

Czy istniało inne wytłumaczenie niepowodzenia szczepionki, zniknięcia pieniędzy, katastrofy lotniczej? Czy też to ja miałam jakąś szczególną skazę, przez którą stawałam się podatna na sugestie złotoustych samolubnych oszustów? Takich jak Greg, Szanowny Pan Wielki Błąd, za którego wyszłam prawie jedenaście lat temu?

Gdy zmarł Patrick, zaledwie po czterech dniach życia, Greg nie musiał mi mówić, że kamień spadł mu z serca. Sama widziałam. Nie miał najmniejszej ochoty dźwigać na barkach brzemienia w postaci dziecka, które wymaga stałej opieki.

Właściwie nawet o tym nie rozmawialiśmy. Nie było o czym. On powiedział, że dostał świetną ofertę pracy w Kalifornii i nie może zmarnować tej szansy.

– Nie będę cię zatrzymywać – odrzekłam.

I tyle.

Wspomnienia wcale nie poprawiły mi humoru, poszłam więc wcześnie do łóżka, zdecydowana przespać to wszystko i jutro wstać ze świeżą głową.

O siódmej rano obudził mnie telefon Sama.

– Carley, włącz telewizor. Nadają wiadomości. Lynn Spencer nocowała w Bedford, ktoś podpalił jej dom. Pożar udało się ugasić, ale nałykała się sporo dymu. Jest w szpitalu Świętej Anny, stan poważny.

Jak tylko odłożył słuchawkę, chwyciłam pilota leżącego na nocnym stoliku. Właśnie włączyłam telewizor, gdy telefon zadzwonił ponownie. Szpital Świętej Anny.

– Pani DeCarlo? Pani siostra, Lynn Spencer, jest naszą pacjentką. Bardzo chce się z panią zobaczyć. Czy będzie pani mogła przyjść dzisiaj? – Ton żeńskiego głosu zmienił się odrobinę, teraz nalegał. – Jest obolała i w wyjątkowo złym stanie psychicznym. Ogromnie nam zależy na pani odwiedzinach.



12 из 253