
Zasnął, ale krótko po północy obudził się, z obrazem posiadłości Spencerów przed oczami. W niedzielne popołudnia, zaraz po tym jak kupił akcje Gen-stone, zdarzało się nieraz, że woził Annie do Bedford. Była na niego zła za tę inwestycję, bo żeby mieć na nią pieniądze, sprzedał dom w Greenwood Lake odziedziczony po matce. Annie nie była, tak jak on, przekonana, że ten krok uczyni z nich bogaczy.
– To był nasz dom na starość! – krzyczała na niego. A czasami płakała. – Nie chcę żadnej posiadłości. Kochałam tamten dom. Tak ciężko pracowałam, żeby był coraz piękniejszy, a ty nawet nie wspomniałeś, że zamierzasz go sprzedać. Ned, jak mogłeś mi to zrobić?
– Pan Spencer powiedział, że kupując jego akcje, nie tylko pomagam innym ludziom, ale jeszcze w dodatku będę mógł sobie kupić dom taki jak jego.
Nawet to jej nie przekonało. A dwa tygodnie temu, kiedy samolot się rozbił i jednocześnie rozeszła się wiadomość o problemach ze szczepionką, Annie wściekła się nie na żarty.
– Haruję w szpitalu jak wół, dzień w dzień po osiem godzin. A ty dałeś się naciągnąć jakiemuś oszustowi, kupiłeś lipne akcje i teraz będę musiała pracować do końca życia. – Płakała tak strasznie, że ledwo mówiła. – Nie może tak dłużej być. Ciągle tracisz pracę, przez ten swój wybuchowy charakter. A jak już coś miałeś, to dałeś sobie odebrać. – Chwyciła kluczyki od samochodu i wybiegła. Z piskiem opon wyrwała na ulicę.
Następne wydarzenia nie dawały Nedowi spokoju. Obraz cofającej się śmieciarki. Zgrzyt hamulców. Widok samochodu wyrzuconego w powietrze, obróconego na dach. Wybuch zbiornika paliwa, auto w ogniu.
