
Annie. Martwa.
* * *
Poznali się w szpitalu przed dwudziestu laty, kiedy tu leżał. Wdał się w bójkę z jakimś facetem w barze i skończył ze wstrząsem mózgu. Annie opiekowała się nim i beształa go za lekkomyślne zachowanie. Była drobna, ale odważna i lubił, jak nim dyrygowała. Byli w tym samym wieku, mieli po trzydzieści osiem lat. Zaczęli się spotykać, a potem zamieszkali razem.
Przyszedł dziś rano do szpitala, żeby się poczuć bliżej Annie. Za moment pojawi się w korytarzu, podejdzie do niego żwawym krokiem i przeprosi za spóźnienie. Znowu któraś z dziewcząt nie przyszła i trzeba było ją zastąpić w czasie obiadu.
To, niestety, tylko marzenia. Annie już nigdy nie przyjdzie.
Nagłym ruchem zmiął gazetę, gwałtownie wstał i wrzucił zadrukowany papier do najbliższego kosza na śmieci. Ruszył w stronę drzwi, ale właśnie wtedy spostrzegł go jeden z przechodzących lekarzy.
– Ned, dawno cię nie widziałem, nie pokazywałeś się od czasu wypadku. Przyjmij wyrazy współczucia. Annie była wspaniałą kobietą.
– To prawda… – Nagle przypomniał sobie nazwisko lekarza. – Dziękuję, doktorze Ryan.
– Mogę coś dla ciebie zrobić?
– Nie, dziękuję.
Musiał powiedzieć coś jeszcze. Lekarz przyglądał mu się z ciekawością. Może wiedział, że za namową Annie bywał tutaj u psychiatry, doktora Greene’a. Ale doktor Greene wkurzył go któregoś razu. Zapytał: „Czy nie powinieneś był jednak spytać Annie o zdanie, zanim sprzedałeś dom?”.
Oparzenia bardzo go bolały. Kiedy rzucił zapałkę w benzynę, ogień buchnął z taką siłą, że dosięgnął jego dłoni. W ten sposób Ned zyskał pretekst, żeby się tu zjawić.
Pokazał rękę lekarzowi.
– Zachciało mi się wczoraj podgrzać kolację w piekarniku. Kiepski ze mnie kucharz. Na pogotowiu straszny tłok, a muszę zaraz lecieć do roboty. Chociaż pewnie to nic wielkiego…
Doktor Ryan spojrzał na dłoń.
– Nie powinieneś tego lekceważyć, bo może się wdać infekcja. – Wyjął z kieszeni bloczek recept i nabazgrał coś na pierwszej z brzegu. – Smaruj dłoń tą maścią. I pokaż się za jakieś dwa dni.
