
Miała dużo szczęścia.
Więcej niż jej mąż, pomyślałam, zatrzymując się na szpitalnym parkingu.
Dzisiaj nie musiałam się obawiać, że wpadnę na kamerzystów. W obecnym świecie, gdzie wydarzenia gonią jedno za drugim z zawrotną szybkością, historia Lynn była już przestarzała. Jej bliskie spotkanie ze śmiercią mogło ponownie wzbudzić zainteresowanie jedynie wówczas, gdyby kogoś aresztowano za podłożenie ognia albo gdyby się okazało, że Lynn była wplątana w okradanie Gen-stone.
Odebrałam plakietkę gościa i zostałam skierowana na najwyższe piętro. Gdy wyszłam z windy, natychmiast zdałam sobie sprawę, że jestem w miejscu przeznaczonym dla pacjentów z dużą forsą. Korytarz wyłożony był dywanem, a wolne pokoje, które minęłam po drodze, spokojnie mogłyby się znajdować w pięciogwiazdkowym hotelu.
Przyszło mi do głowy, że powinnam była zadzwonić. Nie zrobiłam tego, bo w pamięci został mi obraz Lynn sprzed dwóch dni: cierpiącej, z przewodami tlenowymi w nozdrzach, z zabandażowanymi rękami i stopami… żałośnie wdzięcznej, że przyszłam się z nią zobaczyć.
Drzwi pokoju były uchylone. Zajrzałam i zawahałam się w progu, bo Lynn rozmawiała przez telefon. Leżała na otomanie pod oknem i wyglądała zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż we wtorek. Przewody tlenowe zniknęły. Bandaże na dłoniach i stopach były znacznie cieńsze. Zamiast białej szpitalnej koszuli miała na sobie bladozielony atłasowy szlafroczek, a włosy zostały upięte w nienaganny kok.
– Ja też cię kocham – usłyszałam.
Jakoś wyczuła moją obecność, bo zamykając klapkę telefonu komórkowego, obróciła się w moją stronę. Co zobaczyłam na jej twarzy? Zaskoczenie? A może przez ułamek sekundy wydawała się zaniepokojona, a nawet przestraszona?
Zaraz jednak uśmiechnęła się promiennie.
– Carley, jak miło, że zajrzałaś – powitała mnie ciepło. – Właśnie rozmawiałam z tatusiem. Nie potrafię go przekonać, że naprawdę nic mi nie jest.
