
Zamiast przedstawiać się jako reporterka „Wall Street Weekly”, postanowiłam zwyczajnie poprosić o ostatnie wydania gazety. Samolot Spencera rozbił się prawie trzy tygodnie temu. Skandal dotyczący defraudacji w spółce i niewypału ze szczepionką miał dwa tygodnie. Podejrzewałam, że miejscowe czasopismo oba wydarzenia zgłębiło do samego dna.
Kobieta wykazała się zdumiewającym brakiem zainteresowania co do powodów mojej prośby. Zniknęła gdzieś w korytarzu i po chwili wróciła z egzemplarzami z ostatnich tygodni. Zapłaciłam za nie całe trzy dolary, wetknęłam pod pachę i poszłam do knajpki obok. Na śniadanie zjadłam pół drożdżówki, którą popiłam rozpuszczalną kawą. Uznałam, że jakaś kolejna bułeczka, ale tym razem podlana prawdziwą kawą, będzie doskonałym „pośniadaniem”, jak mawiają moi brytyjscy przyjaciele o przekąsce połkniętej w czasie przedpołudniowej przerwy na kawę czy herbatę.
Wnętrze było nieduże i przytulne, talerze i zasłony miały ten sam odcień czerwieni, a na ścianie za barem wisiały zdjęcia kwok z pisklętami. Dwóch mężczyzn pod osiemdziesiątkę właśnie szykowało się do wyjścia. Kelnerka, prawdziwa kulka rtęci, sprzątała ich stolik.
Słysząc otwierające się drzwi, podniosła głowę.
– Proszę sobie wybrać stolik – zachęciła mnie z uśmiechem. – Od wschodu, zachodu, północy albo południa.
Plakietka przypięta na jej fartuszku zachęcała: „Mów mi Milly”. Oceniłam, że kobieta jest w wieku mojej mamy, tyle że moja mama nie miała tak ogniście rudych włosów.
Poszłam w stronę zacisznego boksu w zaokrąglonym rogu, gdzie mogłam spokojnie rozłożyć się z gazetami. Zanim usiadłam, Milly już była przy mnie, z bloczkiem w dłoniach. Chwilę później dostałam precel i gorącą kawę.
Samolot Spencera rozbił się czwartego kwietnia. Najstarsza z gazet, które miałam przed sobą, była z dziewiątego kwietnia. Na pierwszej stronie znajdowało się zdjęcie Nicka, opatrzone podpisem: „Nasz Nicholas Spencer nie żyje”.
