
Śmierć kochanki pozostawiła w jego życiu ogromną pustkę. Od lutego nie współżył z kobietą. Nie znalazł nikogo na miejsce Rose. I nawet nie szukał. Ona wiedziała, jak go zadowolić i sprawić mu rozkosz. Teraz musiałby się przyzwyczajać do kogoś innego. A w wieku trzydziestu pięciu lat czuł się na to trochę za stary.
Oparł brodę na rękach.
Miał trzydzieści pięć lat i wypełnił wszystkie swoje obowiązki związane z tytułem księcia Bewcastle. Wszystkie z jednym wyjątkiem. Nie ożenił się i nie spłodził dziedzica. Wiele lat temu był bliski spełnienia również tej powinności. Był wtedy młody i jeszcze pełen nadziei, że uda mu się połączyć osobiste szczęście z obowiązkiem. Jednak tego wieczoru, gdy miały zostać ogłoszone jego zaręczyny, jego przyszła żona rozegrała skomplikowaną intrygę, by uniknąć małżeństwa, przed którym się wzdragała. A zbyt się bała księcia oraz swego ojca, by po prostu powiedzieć prawdę.
Czy książę mógł wybrać jakąś kobietę na swoją żonę i oczekiwać zadowolenia z takiego związku? Kto poślubiłby księcia dla niego samego? Kochankę zawsze można odprawić. Żony już nie.
Przez te wszystkie lata, które upłynęły od czasu rozstania z lady Marianne Bonner, pozwalał sobie na ten jeden jedyny drobny bunt. Pozostawał wolny. I zaspokajał swoje potrzeby z Rose. Znalazł ją i wziął na utrzymanie niecałe dwa miesiące od tamtego katastrofalnego wieczoru.
A teraz Rose nie żyła. Została jego sumptem pochowana na wiejskim cmentarzu w pobliżu domu ojca. Książę Bewcastle zadziwił całą okolicę, gdy pojawił się na pogrzebie.
Do diabła, czemu zgodził się pojechać do Schofield z Mowburym? Tylko dlatego, że nie chciał samotnie wracać do Lindsey Hall? Czy też nie mógł znieść myśli o dalszym przebywaniu w Londynie? To kiepski powód, nawet jeśli Mowbury jest naprawdę inteligentny i ciekawie się z nim rozmawia, a według jego słów również reszta gości miała być na odpowiednim poziomie. Tak czy inaczej, lepiej by spędził lato, wizytując swoje majątki w Anglii i Walii. A po drodze odwiedziłby braci i siostry. Chociaż to ostatnie to nie najlepszy pomysł. Oni mieli teraz własne życie. Mieli mężów i żony, i dzieci. I chyba wszyscy byli szczęśliwi. Tak, wszyscy.
