
– Nie na takim pustkowiu – oświadczyła Vivi. – Na przestrzeni dwustu kilometrów nie ma żadnego miasta. Tylko lasy, lasy i lasy, człowiekowi później jeszcze tygodniami śnią się świerki.
– Ale przecież zajazd nie może leżeć w samym środku gęstego lasu?
– No tak, w pobliżu jest chyba wioska, jakieś centrum turystyczne. Zdaje się, że zajazd wybudowano w miejscu dawnej przeprawy promowej przez rzekę. Serwują tam pyszne jedzenie, jest olbrzymi kominek i…
– Spróbuję – postanowiła Ellen.
Rzeczywiście się zgłosiła i dostała pracę – dzięki wielkim, ufnie patrzącym niebieskim oczom w trójkątnej twarzyczce, nieszczególnie ładnej, ale miłej i pełnej wdzięku, dzięki skorym do uśmiechu ustom i kruczoczarnym włosom wijącym się tak, jak same tego chciały; na ogół zresztą z niezłym efektem, z wyjątkiem deszczowej pogody, kiedy cała fryzura zmieniała się w totalny chaos.
Mężczyzna w biurze pośrednictwa pracy zwrócił uwagę tylko na zewnętrzne walory Ellen, nie dostrzegł zagubienia dziewczyny, nerwowości w jej ruchach i niepewności kryjącej się w uśmiechu. Ellen nosiła w sobie wiele samotności i niepokoju, ale nie chciała tego zdradzać światu.
Był rok 1959 i dorosłe życie Ellen ledwie się zaczynało. Jak większość młodych ludzi miała ambitne plany, wiele chciała osiągnąć i czerpać z życia ile tylko się da. Wybrać zawód i spróbować w nim sił, a wreszcie osiągnąć ten spokój, jaki ogarnia człowieka, gdy jest przekonany, że trafił na właściwe miejsce i dobrze wypełnia swe życiowe posłannictwo. Problemem pozostawało jedynie, że – tak jak większość młodych ludzi – wciąż jeszcze poszukiwała owej magicznej profesji. Było przecież w czym wybierać. Co jednak będzie, jeśli się pomyli?
I te wszystkie plany, by tyle zrobić… Jak na razie ciągle jeszcze brakowało jej pieniędzy. Zamiast więc nastawiać się na karierę w wielkim stylu, postanowiła przyjąć pracę w recepcji, która pod względem zawodowego rozwoju nie popchnie jej ani o cal.
