
— Wiesz, może rzeczywiście tak to wyglądało, kiedy się chwilę zastanowić, ale to dlatego, że tak właśnie wygląda dla takich ludzi jak my, którzy nie zostaliśmy obdarzeni okularystycznym widzeniem.
— Chce pan powiedzieć, że to taka metafora?
Smeems wytrzymał to całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności, które obejmowały wypłynięcie na takie głębiny, że pąkle przyczepiały się do jego bielizny.
— Zgadza się — przyznał. — To może faktycznie meta jakiegoś fora, który nie wygląda tak głupio.
— Otóż to, proszę pana.
Smeems spojrzał na Nutta. To nie jego wina, myślał. Nic nie poradzi na to, jaki jest.
Na chwilę ogarnęła go niezwykła czułość.
— Bystry z ciebie chłopak — przyznał. — Nie ma żadnych powodów, żebyś pewnego dnia nie został głównym ściekaczem.
— Bardzo panu dziękuję — odparł Nutt. — Ale jeśli pan pozwoli, to liczyłem raczej na coś bardziej na świeżym powietrzu, że tak powiem.
— Ale… to może być dość… trudne, można by sądzić.
— Tak, proszę pana. Wiem.
— Bo widzisz, wiele jest… rozumiesz, nie chodzi o mnie, ale o… no… o ludzi. Sam wiesz, jacy są ludzie.
— Tak. Wiem, jacy są ludzie.
Wygląda jak strach na wróble, gada aligancko jak któryś z dżentelmenów, myślał Smeems. Bystry jak strumyk, brudny jak szambo. Miał ochotę poklepać młodego… no, młodego po dziwnie kulistej głowie, ale się powstrzymał.
— Lepiej zostań na dole, przy zbiornikach — poradził. — Miło i ciepło, masz własne posłanie, jest przytulnie i bezpiecznie, nie?
Ku jego uldze chłopak nie odpowiedział. Ale kiedy wracali już przez mroczne korytarze, zapytał w zamyśleniu:
— Tak się zastanawiam, proszę pana… Ile razy ta świeca, która nigdy nie gaśnie… nie zgasła?
Smeems zdusił w gardle zgryźliwą ripostę. Coś mu mówiło, że na dalszą metę spowoduje tym tylko kłopoty.
— Świecy, która nigdy nie gaśnie, trzy razy nie udało się zgasnąć, odkąd zostałem Świecowym Waletem, mój mały — rzekł. — To rekord.
