
— Wszystkie świece na uniwersytecie mają być zapalane knotem od świecy, która jeszcze się pali, mój chłopcze — rzekł surowo. — Skąd wziąłeś te zapałki?
— Wolałbym nie mówić, proszę pana.
— To mnie nie dziwi, wcale nie. A teraz gadaj, chłopcze!
— Nie chcę, żeby przeze mnie ktoś miał kłopoty, proszę pana.
— Ta niechęć dobrze o tobie świadczy, ale muszę nalegać — rzekł Świecowy Walet.
— No… wypadły panu z kieszeni, kiedy pan wchodził na drabinę.
W odległym korytarzu zabrzmiał ostatni okrzyk:
— Megapod schwytany!
Ale wokół Cesarza cisza słuchała z rozdziawionymi ustami.
— Pomyliłeś się, Nutts — oświadczył wolno Smeems. — Gdybyś był uważniejszy, przekonałbyś się chyba, jak sądzę, że upuścił je któryś z dżentelmenów.
— A tak, rzeczywiście, tak musiało być, proszę pana. Muszę się nauczyć, by nie wyciągać pochopnych wniosków.
I znowu Świecowy Walet doznał uczucia chwilowego zagubienia.
— No cóż, w takim razie nie będziemy już do tego wracać — wykrztusił jedynie.
— A co właściwie się przed chwilą działo, proszę pana? — spytał Nutt.
— Ach, tamto… To element któregoś z niezwykle istotnych magicznie działań dżentelmenów, mój chłopcze. Jest niezbędny dla właściwego działania świata, to pewne, nie ma co… Może nawet kierowali gwiazdy na słuszne drogi. To jedna z tych rzeczy, których musimy tu pilnować, rozumiesz — dodał, chytrze wślizgując się do magicznego towarzystwa.
— Tylko że to wyglądało jak chudy człowiek z dużą drewnianą kaczką na głowie.
