
Mag w swoim gabinecie może robić, co tylko zechce. W dawnych czasach oznaczało to palenie wszystkiego, na co przyjdzie mu ochota, i głośne puszczanie bąków bez przepraszania. Dzisiaj te rozrywki zastąpiła rozbudowa w przystający zestaw wymiarów. Myślakowi trudno było protestować, bo nawet nadrektor uległ tej modzie — miał w łazience pół mili strumienia z pstrągami i twierdził, że majstrowanie ze swoim gabinetem powstrzymuje maga przed szkodą. Jak wszyscy wiedzieli, rzeczywiście powstrzymywało. Zamiast tego zwykle pakowało go w kłopoty.
Myślak nie poruszał tej kwestii, ponieważ w tej chwili za swoją życiową misję uznawał podsycanie ognia, który rozgrzewał Mustruma Ridcully’ego i cały uniwersytet czynił szczęśliwszym miejscem. Tak jak pies przejmuje humor swego pana, tak uczelnia naśladuje nastrojem swego nadrektora. W tej chwili, jako jedyna osoba przyznająca się tutaj do rozsądku, mógł tylko jak najlepiej sterować biegiem spraw, trzymać się z dala od szkwałów dotyczących osoby znanej wcześniej jako dziekan i szukać nadrektorowi zajęć, by nie przeszkadzał.
Już Myślak miał odłożyć księgę, kiedy ciężkie karty przewróciły się same.
— To dziwne…
— Och, okładki starych ksiąg bywają bardzo sztywne — oświadczył Ridcully. — Czasami jakby żyły własnym życiem.
— Czy ktoś słyszał o profesorze Pullunderze albo doktorze Erratamusie?
Magowie przestali wpatrywać się w drzwi i spojrzeli po sobie nawzajem.
