
Nazywano go Świecowym Waletem, ponieważ tak właśnie określono jego stanowisko w księgach uniwersytetu, kiedy zostało utworzone prawie dwa tysiące lat temu. Utrzymywanie w sprawności świeczników, lichtarzy oraz — nie najmniej ważne — kandelabrów było pracą niemającą końca. Prawdę mówiąc, była to najważniejsza ze wszystkich prac, przynajmniej w rozumieniu Świecowego Waleta. Owszem, naciskany, Smeems pewnie by przyznał, że wokół kręcą się ludzie w szpiczastych kapeluszach, ale ci przychodzili i odchodzili, i głównie przeszkadzali. Niewidoczny Uniwersytet nie cieszył się bogactwem okien i bez Świecowego Waleta w ciągu jednego dnia zaległyby tu ciemności. To, że magowie zwyczajnie wyszliby na ulicę i z rojących się tłumów zatrudnili innego człowieka, który potrafi wspinać się na drabinę z kieszeniami pełnymi świec, nawet nie przyszło mu do głowy. Był niezastąpiony, dokładnie tak jak każdy Świecowy Walet przed nim.
A teraz za sobą usłyszał stuk rozkładającej się służbowej składanej drabiny.
Odwrócił się gwałtownie.
— Trzymaj to draństwo! — huknął. — Chcesz do końca życia być ściekaczem?
— Właściwie to całkiem lubię być ściekaczem, proszę pana…
— Ha! Zanik ambicji jest przekleństwem klasy pracującej! Dawaj ją!
Świecowy Walet chwycił drabinę akurat w chwili, gdy jego pechowy pomocnik ją zamykał.
— Bardzo przepraszam, proszę pana.
— Zawsze znajdzie się miejsce przy zbiorniku do maczania knotów! — Smeems dmuchał na kostki.
— Rozumiem, proszę pana.
Świecowy Walet spojrzał na szarą, okrągłą i szczerą twarz. Miała niewzruszenie przyjazny wyraz, który wydawał się lekko niepokojący, zwłaszcza kiedy się wiedziało, na co człowiek właściwie patrzy. A on wiedział, co to takiego, ale nie wiedział, jak się nazywało.
