Rohan nie był już tak pewny, że ukazuje miasto czy raczej jego ruiny. O tym, że geometrycznie prawidłowy twór od dawna jest już opuszczony, świadczyły cienkie jak kreski, faliste cienie wydm, które ze wszech stron opływały skomplikowane kształty, niektóre zaś z nich tonęły niemal w piaszczystym zalewie pustyni. Nadto geometryczną konstelację tych ruin rozdzielała na dwie nierówne części rozszerzająca się w miarę postępowania w głąb lądu czarna, zygzakowata linia — pęknięcie sejsmiczne, które na dwoje rozszczepiło niektóre z wielkich „budowli”. Jedna, najwyraźniej obalona, utworzyła jak gdyby most, zaczepiony końcem o przeciwległy brzeg rozpadliny.

— Proszę światło — rozległ się głos astrogatora. Kiedy rozbłysło, spojrzał na tarczę ściennego zegara.

— Za dwie godziny startujemy.

Rozległy się zmieszane głosy; najenergiczniej protestowali ludzie głównego biologa, którzy zeszli już, w trakcie próbnych wierceń, świdrami na dwieście metrów w głąb gruntu. Horpach dał ręką znak, że żadnej dyskusji nie będzie.

— Wszystkie maszyny wracają na pokład. Uzyskane materiały proszę zabezpieczyć. Przegląd zdjęć i pozostałe analizy mają iść swoim trybem. Gdzie jest Rohan? A, pan tutaj? Dobrze. Słyszał pan, co powiedziałem? Za dwie godziny wszyscy ludzie mają być na stanowiskach startowych.

Operacja okrętowania wyładowanych maszyn szła w pośpiechu, ale systematycznie. Rohan był głuchy na błagania Ballmina, który prosił o piętnaście minut dalszego wiercenia.



35 из 233